RECENZJE

Saint Etienne
Home Counties

2017, Heavenly 6.5

W porcysowych archiwach znaleźć można jedną jedyną reckę Brytyjczyków z Saint Etienne. Tym skromnym tekstem przynajmniej w minimalnym stopniu przyczynię się do zmiany tego haniebnego przeoczenia, bo chociaż ta trójka nie nagrała nigdy płyty bezapelacyjnie wybitnej (za najbliższą tego statusu uważam Good Humor), to właściwie nie schodziła poniżej poziomu solidnego grania, łącząc lounge'owe wpływy Stereolab, baroque-popowe aranże czy eurodance'owe wstawki często na przestrzeni jednego albumu. Okazja nadarza się niezła, bo po najsłabszym w katalogu grupy, w mojej opinii, Words And Music By Saint Etienne zespół na Home Counties zdaje się wraca do formy.

Dziewiętnaście tracków i prawie godzina materiału to sporo, ale akurat w przypadku tej grupy zwykle przekłada się to na większą możliwość eklektycznych poszukiwań w obrębie jednego wydawnictwa. Tak jest i tym razem, a umowna klamra podróży po londyńskich przedmieściach spinająca całość, legitymuje te wycieczki. I tak mamy tu obok siebie stricte popowy "Magpie Eyes" o sporym radiowym potencjale, wyróżniający się ciepłymi, wokalnymi harmoniami, oparty na tanecznym bicie, trochę Wonderowski w klimacie "Dive", singlowy "Heather" brzmiący przez chwilę jak nowy Arca skrzyżowany z Björk circa Medulla, czy prawie ośmiominutowy, transowy epik "Sweet Arcadia". Warto dodać, że jest to eklektyzm pozytywny, ostatecznie nie odnosi się wrażenia, że materiał rejestrowany był na osiemnastu różnych sesjach nagraniowych i potem na szybko kompilowany, a kawałki zestawione ze sobą nie drażnią słuchacza, również dlatego, że każdy z wyżej wymienionych broni się od strony czysto muzycznej. Brytyjczycy trafili też z datą premiery, bo takie "Take It All In" czy "Train Drivers In Eyeliner" ze swoimi czarującymi refrenami, idealnie sprawdzą się jako część wakacyjnego soundtracku.

Oprócz naprawdę pokaźnej ilości świetnych kawałków, znajdziemy tu też parę denerwujących, półminutowych skitów i – czego zważywszy jednak na ilość materiału, można było się spodziewać – sporo wypełniaczy. Instrumentalne próby, kryjące się chociażby pod indeksem szóstym i dziewiętnastym, może pasują do koncepcji albumu, ale ciężko się nimi zachwycić. Zachwycać za to można się po raz kolejny głosem Sarah Cracknell, który nie stracił nic ze swojego uroku od początku kariery zespołu i jest na ten moment zdecydowanie największym atutem SE. Chyba gdzieś na jutubie czytałem komentarz fana nawołujący do wydania tego albumu w wersji a capella. Właściwie mogę przyłączyć się do tego życzenia.

Stanisław Kuczok    
21 czerwca 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie