RECENZJE

Sage Francis
Personal Journals

2002, Anticon 7.2

– Wassup brotha?

– Cool. I'm just cool. Ej, Borys, weź przestań robić se żarty i do rzeczy proszę.

– Spoksik. Człowieniu, zacznę od wazeliny, ok? Podziwiam to, co majstrujecie u siebie w kraju. Ogólnie, cały gatunek rozkwita wam teraz jak najbujniejsze kwiaty. Dzieje się tyle dobrego. Wiesz, my tu w Polsce cierpimy na brak rozsądnego hip-hopu. Dominuje nurt miejskich gangsterów. Patrzysz na okładkę i się boisz. Wychodzisz z domu i nie wiesz. Szorujesz na koncert i się chowasz. Ziomale zawładnęli miastem i to niejednym. Wdzierają się nawet do telewizji. Przy czym niektórzy próbują coś swojego. Na przykład, pewnie nie znasz, zespół Szybki Szmal. Płyta Enzis...

– ...Kenzis. Słyszałem. Kawałek "No Co". Nawet mi się podobał.

– No nieważne. W każdym razie dzieciaku, posucha, krótko mówiąc. Są wyjątki, a reszta ociera się o banał. Nie ma poziomu. Dlatego ci u nas, którzy szukają inspirującego hip-hopu, sięgają najczęściej po produkcje ze Stanów. Popatrzmy jak to wyglądało na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy. Anti-Pop debiutują i wyciągają rapowe podziemie na salony snobistycznej krytyki. Niech i tak będzie. W następnym roku Can Ox miażdżą wszystkich swoim premierowym materiałem. Znów reakcja alternatywy odbija się wielkim echem. Ich muzyczny opiekun El-P wydaje własny post-wrześniowy zestaw, odzywa się Lif, Blackalicious kręcą letni majstersztyk, a niedawno wpadła mi w ręce pierwsza solowa płytka Sage Francisa. Znów zajebista. No i tu zwracam się do ciebie, mistrzu. Bo coś przy niej robiłeś, hę?

– Z tym, że Sage jest jakby trochę z innej bajki. Znaczy, wszystko, co powiedziałeś, to prawda. Powiem więcej nawet. Can Ox to w tym momencie bogowie, El-P również otaczany jest kultem. Ale ci ludzie już się przebili, reprezentują alt-hip-hop na zewnątrz. Pozostaje cała rzesza młodych zdolnych, o których prawie nikt nic nie wie. Wciąż liczą na wypłynięcie. Aha, ale mówię, że Sage to nieco osobna historia. Respekt dla technicznych nowatorów, futurystycznych bitów El-P, wykonują wspaniałą robotę, te kosmiczne klimaty. Ale Sage wyrasta z innych źródeł i zmierza w przeciwnym kierunku. Pracuje z żywymi instrumentami, miesza, jest eklektyczny, naturalny, naturalnie prosty i surowy. Jest lo-fi człowieku.

– Właśnie. Wiem, wiem. Słuchałem przecież Personal Journals. Pokusiłbym się o taką paralelę, że jeśli Can Ox i cała ekipa wokół El-P są jak post-rock, jak avant-pop, to Francis został w niezal-korzeniach, bez komputerów, bez syntetyków, ot, taka zdrowa gitarowa muza. Dla mnie ta płyta jest powiewem świeżości, w sensie, że gość nie sili się na wytyczanie nowych dróg, tylko połączył siłę rapującego wokalu z organicznym, barwnym tłem. Jego podkłady to nieraz małe dziełka garażowej ckliwości, jak ten smutek w otwierającym płytę "Crack Pipes". Mówisz "eklektyczny" i dokładnie wiem, co masz na myśli. Na odwrotnej stronie okładki Sage wylicza kontrybutorów muzycznych i tak patrzę, jest ich aż szesnastu. To się przekłada na zawartość. Straszny misz-masz. W porywającym "Different" za korzenny groove odpowiada kontrabas. "Personal Journalist" jedzie na melancholijnych smykach i nie jest to rzecz z cyklu "mam ciężki charakter". Egzotyczne perkusjonalia i saksofonowy sample czarownie ubarwiają rewelacyjny "Inherited Scars".

– Oh fuck, człowieku. Chce ci się tak zapierdalać? Od razu widać, że piszesz recenzje. Potrafisz normalnie rozmawiać? Stary, zawstydzasz mnie.

– Dzienks chłopie, ale ja jeszcze nie skończyłem. Bo ta rozległość stylistyczna płyty mnie przeraża. Weźmy "The Strange Famous Mullet Remover". To rzecz ze szkoły instrumentalnej, kipiąca od skreczów, pętli pianina i tłustego bitu. Wkrótce pięknie wkrada się tego typu myślenie w ciepłym "Message Sent". R'n'b wprowadzone jest tu niezwykle subtelnie, stylowo i kunsztownie. A pomostem między oboma jest tripowy "Smoke And Mirrors", najbliższy nowojorskiej szkoły wspomnianych podziemnych legend. Zdarzają się totalne mroki (nie możesz wiedzieć, dlaczego nasi czytelnicy będą się w tym miejscu śmiać), snujące się wampiry po piwnicy i one też z grubsza mnie jarają. Zaś najlepszy jest tu "Broken Wings", z którym mam zresztą prywatne porachunki. Mianowicie główny motyw fortepianu sam stworzyłem kiedyś na gitarce, jeszcze w podstawówce. Normalna piosenka to była, słowa szły jakoś "I feel young / I can feel it now". Niezła zaskoczka.

– Pierdolisz. Serio?

– Przysięgam. Poczułem się, jakby Scott Matelic, który rzeczony kawałeczek Francisa realizował, albo nawet sam Sage zakradli się do mojej chaty lata temu i wywąchali fajny riff. Tak ściągnęli ode mnie całkiem niezłą melodię. Z serii "Nieznane kulisy największych przekrętów w muzyce popularnej", odcinek 56, "Sprawa Francisa i Dejnarowicza". Jakkolwiek by nie było, może opowiesz więcej o swojej przygodzie z Sage'em?

– Ta. Słuchaj, czemu podkreślasz tylko zasługi producentów? Przecież sam główny bohater też, a może przede wszystkim, zasługuje na pochwały! Osobiście uwielbiam jego flow, soczysty, lecz precyzyjny, taki wyrafinowany, jeśli wiesz, o co mi chodzi. No a poza tym, Sage to wielka postać. Chodząca legenda. On jest prawdziwym poetą, miotającym słowami i przenośniami z mocą huraganu, jednakże zachowującym dystans do samego siebie i swojej twórczości. Jest wszak bardzo zaangażowany, to słychać. Umieścił nawet na krążku zapis recytacji jednego ze swoich wierszy, "Hopeless". Taka ciekawostka, ale weź mi znajdź równie odważny i oryginalny krok na innej solidnej płycie hh. Koleś ma charyzmę, w książeczce opisuje swoje zmagania z przeciwnościami losu i jak przekształcił te słabości w sztukę. Pełen respekt. Stworzył bezbłędną godzinę fascynującej muzy.

– Nie do końca, nie można tak powiedzieć. Znaczy wiesz, my, dziennikarze, zawsze musimy się przypieprzać do czegoś. Ja tu znalazłbym kilka miększych punktów, głownie w drugiej części albumu. Ciężkostrawne otchłanie "Specialist", czy "Kill Ya' Momz" (ten ostatni tytuł to chyba w formie takiego pokazania, żartu?), wreszcie fałszujący występ zespołu AOI, normalnego akustycznego rocka, gdzie Sage jest wokalistą. Mówię o "My Name Is Strange". Wiem, że AOI to ważna sytuacja dla Francisa i ma do niej sentyment, lecz ten kawałeczek nie wykracza poza poziom próby amatorskiej kapeli szkolnej, przygotowującej "współczesne" opracowania utworów Słowackiego na zbliżającą się akademię. Pani profesor od polskiego dogląda przygotowań, wciska im na siłę flet, żeby zabrzmiało to bardziej romantycznie... Skąd ja to znam. Ale zdradź wreszcie, na czym polegał twój wkład w sesje Personal Journals?

– Hm, tego. Ja po prostu nosiłem kable w studio Anticonu. Może cię trochę rozczarowałem, ale czego oczekiwałeś, że śpiewałem chórki w czwartym numerze? Polakom ciężko jest się tu przebić. Poczekaj, niedługo pokażę na co mnie stać, kombinuję coś na boku. A nagrywanie płyty Sage'a obserwowałem z nabożeństwem. Stary, byłem blisko powstawania legendy! Widziałem dyskusje Sage'a z Sixtoo, gdy pracowali nad "Different". Piłem herbatę miętową z Jelem, gdy ten ustawiał beat do "Climb Trees". Ludzie z Anticonu są przemili, a w dodatku cholernie kreatywni. Przy okazji: uważaj na ich inne produkcje, na pewno są warte zczekałtowania.

– Jasne, stary, i tak ci zazdroszczę. Niosłeś te kable! Niosłeś te cholerne kable! Też czułbym się wyróżniony. Bo poważnie wkręciłem się w Personal Journals i śmiem twierdzić, że to jedna z najlepszych hip-hopowych płyt ostatnich kwartałów. Jeśli takie indywidualności, jak Francis, będą się regularnie pojawiać na horyzoncie, to jestem spokojny o przyszłość gatunku. Słuchawka mi pada. Stary, wiesz, że nagrywałem to wszystko na podłączonym dyktafonie i pozwolę sobie zamieścić jako recenzję na Porcys? Halo? Jesteś tam?

Borys Dejnarowicz    
19 grudnia 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie