RECENZJE

Sade
Soldier Of Love

2010, Sony Music 4.4

W pewnych kręgach – zwłaszcza w środowiskach zatwardziałych piewców zgrzytliwych, "kontrkulturowych" (sorry, ale LOL) muzycznych przygód – Sade (ok, wiadomo, że to zespół, ale dla mnie to jest "ona", jako "twarz", "dusza", "głos" tego zespołu – na zasadzie takich "formacji", jak Nosowska, Chylińska, Dio czy Bon Jovi) od zawsze kojarzona była jednoznacznie. Bezbarwne, mdłe tło dla wieczornej pustki (czy wręcz zakłamania?) w życiu mieszczańskich grubasów. Bezpłciowe ballady, którym ciężko wytknąć wady, bo nim skończymy formułować myśl, to zasypiamy z nudów (by Christgau). Kwintesencja twórczości nijakiej, wyjałowionej z charakteru, pozbawionej głębi, wartości, iskry. Typowa zajawka dla ludzi o małej wrażliwości na sztukę – ba, zadowalających się tandetnym ersatzem artyzmu, zresztą nieświadomie, bo nie są oni zdolni odróżnić sztuki od kiczu. Łatwy, nie wymagający żadnego intelektualnego przygotowania (ani też zaangażowania emocjonalnego) MUZAK dla czytelniczek ugładzonych tematycznie pism kobiecych a la "Twój Styl", które tęsknią za miłością swojego życia, nie zdając sobie sprawy z tego, jak nudnymi, przewidywalnymi i pozbawionymi horyzontów są osobami. Po prostu "Markomania" ("Kiss Of Life", btw wara mi od "Markomanii"). Krótko mówiąc: wszystko, co w muzyce rozrywkowej definiujemy przez impotencję, hipokryzję i brak gustu.

Problem ludzi, którzy podpisują się pod takim werdyktem, wynika moim zdaniem (pomijając, oczywiście, ułomność w postaci małego uwrażliwienia na konkretną estetykę dźwiękową, kompozycyjną i wyrazową, uprawianą przez Sade) z błędnego założenia, że jeżeli jakieś zjawisko funkcjonuje i da się to udowodnić z pomocą szeregu niepodważalnych przykładów, to kwestię zamykamy na klucz i od tej pory operujemy kliszą za każdym razem, gdy ta kwestia powraca. A tymczasem to karygodna krótkowzroczność, co nie przystoi szanującym się (bądź aspirującym do miana) analitykom kultury. Otóż ja doskonale wiem, że opisany w pierwszym akapicie target istnieje i faktycznie, chyba do niego wytwórnia kieruje kolejne dokonania Sade (na co wskazywałyby akcje promocyjne, dobór patronatów etc). Ale to wcale nie oznacza, że na tym się odbiór dokonań Sade kończy. Gdybym "nie pozwalał sobie na lubienie" wykonawców typu Genesis, Clipse, Mastodon, Tangerine Dream czy Uffie tylko dlatego, że nie identyfikuję się ich statystycznymi, "reprezentatywnymi" odbiorcami, to ominęłoby mnie sporo fajnej muzyki.

Ba, weźmy przykład mniej odległy, z "naszej" przegródki. Gdybym swoją obecność na wczorajszym koncercie Much w HRC uzależniał od utożsamiania się z wizerunkiem, wiekiem i kulturową świadomością fanów zgromadzonych pod sceną, to nie powinienem się tam w ogóle pojawić, bo w znacznej mierze były to nastolatki podpięte pod "modę" na "indie" (nieważne, że jeśli jakaś moda w ogóle była, to dawno przeminęła – oni jeszcze o tym nie wiedzą) + paru kolesi w koszulkach z napisem "Happysad" (bynajmniej nie sympatycy Tima Buckleya). Czy ta zgraja uroczo naiwnych, nieco wylansowanych, średnio jeszcze refleksyjnych dzieciaków entuzjastycznie korzystających z młodości ma w sobie coś obiektywnie "lepszego" od grubiańskich mieszczuchów słuchających wieczorem Sade w swoich sterylnie czystych salonach, wyszorowanych przez marnie opłacaną Ukrainkę? Że niby gówniarze są bardziej prawdziwi, autentyczni, godni szacunku? Odpowiedź brzmi: nie wiem i nie o tym powinny być recenzje muzyczne. Przyklejanie łatek na podstawie tanich asocjacji ("muzyka dla..."), zwłaszcza w 2010 roku, w dobie wszech-popu, post-internetu, po przemieszaniu każdej możliwej stylistyki – to świadectwo zacofania i w merytorycznej dyskusji metoda ślepej uliczki. Nikt dziś z nikim nie walczy, nie ma undergroundu, nieważne są hasła, przekaz i "przynależność". Dlatego niespecjalnie interesuje mnie poczucie wspólnoty z urodzonymi w latach 90-tych szalikowcami Much, ale wiem, że nowofalowe, żrące, pełnopasmowe wersje live hymnów z Terroromansu brzmią dla mnie niczym klasyka rocka.

Tajemnica kategorii "percepcji" tkwi w tym, że jeden ma predyspozycje i przygotowanie, by usłyszeć więcej, a drugi w tym samym czymś nie znajdzie nic, bo albo nie ma do tego narzędzi/dojrzałości albo jest do danej poetyki uprzedzony i ma to zwyczajnie w dupie. I tak jak gorące szesnastki pod sceną na gigu Much rozpatrują raczej fryzury i miny członków kwartetu kiedy ja zachwycam się cudnie zmienionymi (w stosunku do studyjnego oryginału) harmoniami gitar w intro "Wyścigów", tak bogate pięćdziesięcioletnie buce w garniturkach puszczają Sade żeby pałować się audiofilską jakością soundu na swoich okrutnie drogich zestawach hi-fi, podczas gdy ja (ceniąc, naturalnie, kapitalnie wykręcone, selektywne, przejrzyste jak tafla jeziora brzmienie) tropię drobiazgi: sensacyjnie prowadzoną opowieść harmoniczną "Like A Tattoo", jazzowy akord w środku "Paradise" na 2:48, asymetryczne, choć płynne przejście akcentu wokalu ze zwrotki na chorus w boskim "Love Is Stronger Than Pride" i masę innych. Dla tych, którzy słuchają muzyki, a nie zastanawiają się jaką rolę dany genre odgrywa w kulturze – songi Sade to absolutna klasyka smooth-popu, czy w chłodnych wyrazowo Diamond Life i Promise, czy mocniej "wczutych", bardziej osobistych w atmosferze Stronger Than Pride i Love Deluxe. Wyrafinowane, staranne obrazy niespełnionych romansów, intymnych dialogów wewnętrznych oraz uczuciowych rozczarowań rzadko kiedy zyskały równie ascetyczną, statyczną, potęgującą efekt zatraty oprawę.

Co więcej, sama "frontwomanka" (abstrahując od niezwykłego image'u zimnej, beznamiętnej, nietykalnej księżniczki, tętniącej podskórnymi nerwami i namiętnością, ale zbyt wyniosłej i dumnej, by je ujawnić – przez co pozostają w niewyartykułowanej sferze naszych domysłów, fantazji, marzeń – i właśnie to tak fascynuje) to absolutnie unikatowa śpiewaczka (jedenasta lokata w zeszłorocznym rankingu Porcys na żeńskie głosy wszech czasów), żelazna dotąd osobowość, tajemnicza królowa interpretacji, czułości w konkurencji szczegółów, akcentów i kontroli oddechu, której linie wokalne ocierają się momentami o ledwo widoczny (niewidoczny dla nieprawnego ucha) eksperyment (najsłynniejszy przykład = relacja śpiewu do akordów w "I Couldn't Love You More", gdzie mamy praktycznie swobodne wychodzenie poza skalę, mikrodysonanse jako integralny element kompozycyjny, a nie spontaniczny ozdobnik). Przewaga podobnych cymesików nad charczeniem, powiedzmy, gigantów industrialu, polega na tym, że charczenie gigantów industrialu uzna za charczenie 100 na 100 przypadkowych przechodniów, a napisane "pod włos" nutki wokalu w "I Couldn't Love You More" doceni (zauważy?) taki procent ankietowanych, jaki potrafi usłyszeć MUZYKĘ, a nie jej zewnętrzną powłokę (co z kolei jest łatwe, jako się rzekło, dla, z grubsza biorąc, wszystkich).

I teraz chciałoby się spuentować te nudne wywody triumfalną rehabilitacją Sade wśród miłośników alternatywy, trochę na wzór tego, jak Erykah zyskała wreszcie indie-credibility dwa lata temu. Pamiętajmy, że przed New Amerykah uznawano ją, jak i całych Soulquarians zresztą, za nudziarę dla drętwych "współlokatorek", podręcznikowe "lata dziewięćdziesiąte" w znaczeniu lounge'owej papki z modnej kawiarni dla yuppies, akceptujących "system" z całym jego złem – oświecenie przyszło więc całkiem niedawno. Zresztą nie nabijam się, bo sam na wysokości Voodoo przełączałem kanał widząc jakiegoś pedała z gołą klatą śpiewającego "Untitled", by obecnie klękać przed jego debiutem jak przed ołtarzem, zaś na studiach słowo "Badu" wywoływało u mnie wymioty, bo tkwiłem wówczas po uszy w Pixies, LSF i Trail Of Dead – by parę wiosen później nie wyjmować Worldwide Underground z odtwarzacza, zostawiając "Back In The Day" na ripicie przez bitą godzinę. Cóż, widać na wszystko przyjdzie czas. (Sorawa za wspomnienia, ale chodzi mi o to, że akurat w wypadku neo-soulu nie piszę z pozycji mądrego "od zawsze", aczkolwiek akurat Sade znam i lubię od podstawówki, nieważne.) Anyways: nie, nie, nie. Nowy krążek Sade zupełnie w tej rehabilitacji nie pomaga, bo to zdecydowanie najmniej udane dzieło projektu. Liczyłem, że będzie ono dla mnie tym, czym dla wielu był trzeci Portishead – rewelacyjnym wynalezieniem się na nowo, odważnym zerwaniem z dotychczasową konwencją, brawurowym odnalezieniem się w aktualnej kondycji popu. Ale nawet ja poddaję się, kapituluję i rezygnuję – bo po raz pierwszy wszystkie epitety i niesprawiedliwe/przestrzelone dotąd tezy ze wstępu mają pokrycie w rzeczywistości. Jasne, to zbyt doświadczeni muzycy by nazwać Soldier Of Love "słabą" płytą, ale jak na wykonawcę, który w przeszłości miał piosenki "Your Love Is King", "No Ordinary Love", "All About Our Love" etc. – po raz pierwszy fraza "Soldier Of Love" nie znaczy nic. To tylko obligatoryjny smutno-delikatny frazes, którego nie potwierdza żaden fragment materiału.

Nawet w porównaniu z krytykowanym tam i ówdzie Lovers Rock (album poprzedni z 2000), Soldier Of Love wyraźnie odstaje, bo brak tu łakoci typu prawie slo-g-funkowego "Somebody Already Broke My Heart", miejsko-dubowej hipnozy "Slave Song" czy trip-hopowego łkania "Every Word". Literalnie ani jeden track nie zostanie w mojej pamięci, do żadnego nie będę wracał. Nagranie tytułowe, z "maszerującymi", wojskowymi seriami werbla i kowbojskimi wstawkami gitary zmierza donikąd, mimo transowego outro nieodległego od Massive circa Protection. Smutne lamenty wydają się recyklować poprzednie działania na tym polu, bez krzty świeżej inwencji. Kilka utworów to jakby niedokończone wprawki, szkice opublikowane na etapie roboczym ("Morning Bird", "Skin", "Be That Easy"). Inne ocierają się o konfekcję bliższą Ayo, niż prawdziwej, wysmakowanej, anioł-tkwi-w-detalach Sade sprzed lat. Zmiany akordów podejrzewam o bycie wymyślonymi "na kolanie", co wyjątkowo irytuje w świetle czasu, który Matthewman miał na ich ułożenie. Żal. Tylko w "In Another Time" występują z początku zadatki na jakikolwiek ewidentny sukces, ale obiecująca zwrotka zostaje zepsuta refrenem z serii "nie wiemy co tu dać", który podejrzanie już nie wraca, przez co z kolei kawałek zostaje sam na sam ze sobą, nagi, a sytuacji nie ratują nawet przeplatające się sola saksofonu i skrzypiec. Aż prosi się o złamanie konwencji paroma sztuczkami "pod prąd", jak w mitycznym "niegdyś". Niestety, Sade nie stać dziś na kolejne "Hang On To Your Love", "Sweetest Taboo" lub "Nothing Can Come Between Us". Szkoda.

Czas jest nieubłagany – wpierw uwodząca w sensie bezpośrednio erotycznym, następnie reprezentująca kobiecą mądrość wieku dojrzewania, obecnie Adu to bardziej ciocia z tendencjami do zostania babcią – lecz zawartość Soldier Of Love wcale tego nie odzwierciedla, nie wykorzystuje, nie penetruje. Wręcz odwrotnie: stara się mamić zgraną talią tricków, która – choć zawsze była znaczona (i doskonale o tym wiedzieliśmy), to oszustwo to miało niepodrabialną klasę, kunszt znamionujący Mistrza tak, jak nienaganne maniery określały Arsène'a Lupin. Tym razem nasz szuler bywa bezradny – i nie jest to niezdarność zamierzona, upozowana. Co więc polecam? Nieopierzony czytelnik Porcys, który "słucha indie" (lol) i dopiero stawia niepewne kroki poza krainą gitar bądź "dobrego elektro", a sądzi, iż dysponuje jakimś wyczuciem melodii/harmonii, lubuje się w subtelnej ekspresji i chciałby "skumać" tę całą domniemaną legendarność omawianej tu wokalistki – niech wpierw sięgnie po kompilację The Best Of Sade z 1994, usiądzie wygodnie w fotelu i odpali CD, ułożone chronologicznie z singli kapelki. Jeśli numer po numerze delikwent nie będzie rozpierdalany na pół, to znaczy że a) jest głuchy; b) ta recka w ogóle nie jest skierowana do niego, bo go takie granie kompletnie nie kręci. Jeśli natomiast zakocha się w zasłyszanym "sznurze pereł", pokona irracjonalne uprzedzenia oraz presję towarzyską i zapragnie wchłonąć więcej, to następnym krokiem jest sięgnięcie po wszystkie pozycje z dyskografii Sade poza Soldier Of Love – bo wszystkie za wyjątkiem tej najnowszej są tego warte.

Borys Dejnarowicz    
24 lutego 2010
BIEŻĄCE
American FootballAmerican Football (LP3)
Mac DeMarco"All Of Our Yesterdays"