RECENZJE

S-Process
Mnml

2003, Frenchkiss 6.2

O ile na trasie spotka ich tańcująca młodzież, będą zadowoleni. W ostateczności Mnml (czyżby kolejny odcinek zabawy wymyślonej przez Primal Scream na XTRMNTR?) wygląda jak porcja słusznie przymulającej, choć nie porywającej roboty. Doceniam je, ale nie dostrzegam wspólnego mianownika, koncepcji dla takiego rozchwiania. Odchyłki w opcję bardziej velvetową ("In Its Mouth A Murder. Oh Mnml"), czy songwriterską ("Five Boys") również nie zachwycają. Awangardowe brzęczenie "100,000 Runners" i "Random Factor / Start Code" w porywach mierzy na ambitnego zapełniacza. We wstępie do "A Boulder Tycoon Or Enya" Doto zanudza niby-natchnionym wyciem, ale dopiero nagłe wejście poszatkowanej akcji podrasowuje tracka i potem jest już ok, i cóż, że wtórnie. Twierdzę tak po przeanalizowaniu dążeń tercetu do uwolnienia się spod jarzma oczywistych inspiracji. Martwi jedynie, że S-Process pomykają najlepiej wówczas, gdy są najmniej oryginalni.

Z drugiej strony, połowa bandów w Ameryce tak teraz brzmi, więc po cóż się znęcać? Tak samo wieloczęściowy (opus magnum!) "I'm A Cement Mixer / I Heart You", cholera, co za chamska zrzynka. Ten opiera się o zagrywki niemal synth-popowe (daleko-orkiestrowe opracowanie refrenu), ale za główny punkt odniesienia znów należy uznać Go Forth, z Doto naśladującym Harringtona. Numer ewoluuje w stronę obcisłego elektro-jamu (stąd już tylko krok do Adult), a za rogiem czeka go kontynuacja w postaci "Our Bikes Are Silver. Her Bed Is Hers". Niby sytuuje się on wprawdzie gdzieś między gniewem Kim Gordon, a fałszem Patrycji Wódz, ale urozmaica znane klisze czy-już-rozpoznaną barwą. "Spring Garden Drive-By" byłby w istocie interesującym plagiatem trzęsącego napięcia Go Forth, gdyby nie kobiecy głos Mazone. I chyba wcale nie dlatego, że za stołem mikserskim siedział Phil Ek. Wpływów LSF nie dało się uniknąć, zwłaszcza w warstwie konstruowania zrębów poszczególnych kawałków.

I w sumie chylę czoła, że wynikiem sesji na dystans nie jest totalna klapa, tylko solidne nowofalowe granie. Trójka milusińskich wymieniała się na odległość pomysłami za pomocą poczty elektronicznej. A programujący klawiszowiec Julian Grefe w studio w Philadelphii. Śpiewająca perkusistka Daneil Mazone (wygląda na okładce jak chłopak, to ta w środku, right?) w Salonie w Providence. Śpiewający gitarzysta Bob Doto pracował w swojej sypialni w Boulder. Zamiast tego, S-Process stworzyli cały materiał korzystając z dobrodziejstw współczesnej technologii, rzadko bo rzadko, ale przydatnej w podobnych sytuacjach. Tym razem nie było prób w zakurzonych, starych piwnicach, ani spontanicznych występów dla znajomych. To trio na papierze, ale realia powstawania drugiej (po debiucie sprzed dwóch lat, More Me) płyty zespołu znacznie odbiegają od standardów, do jakich przyzwyczaiły nas młode wilki.

I właśnie dla Frenchkiss nagrywa trio S-Process. Nic więc dziwnego, że to właśnie w wytwórni prowadzonej przez Syda Butlera lokuje się gro świeżych talentów. Przesuwając nacisk z prostoty na zwartą niemieckość frustracji, grupa otwarła (Antoni Piechniczek) zupełnie nowe drzwi dla masy początkujących punkowców, niezdecydowanych co do kierunku. Ale na serio, to takie podejście wynaleźli Les Savy Fav, bodaj najważniejsza punkowa załoga ostatnich pięciu lat. Pałker wyrównał podział do dwóch czwartych, wieślarz zaskreczował w pocie czoła, a frontman poderwał wniebowziętych dzieciaków do wspólnych skoków (puls dyktowało im bicie serca). Ktoś mógłby się pokusić o bajkową historyjkę narodzin stylu, w której rozentuzjazmowana publiczność nakłoniła podczas koncertu punkową kapelę do zapodania akuratniejszego bitu, gdyż szaleć się jej chciało.

Co robić, any ideas? Bo argonauci zachodniego Atlantyku określili ten genre z potrzeby tańca, kiedy na coweekendowych imprezach z cyklu "tygodnia koniec i początek" zabrakło im odwagi do bounce'owania przy obciachowych produkcjach z telewizora, a starsze hity autorstwa ESG, Kool And The Gang i Meters dawno się znudziły. W zależności od kaprysu, możesz sięgnąć po egzotyczne perkusjonalia, zgrzytliwe piski do mikrofonu lub błyszczące "cocktail-disco" ozdobniki, a sprytny dziennikarz i tak ochrzci cię dance-punkowcem. Lecz wypełnienie tych ram jest sprawą dość umowną. A podkład w miarę jednostajnie i wyraziście zrytmizowany. Ekspresja powinna być pełna punkowego jadu i zaciętości. To prawdopodobnie efekt szerokiej gamy rozwiązań, jakie dają się zastosować w obrębie formuły. Chcąc nie chcąc, dance-punk stał się już nurtem o uniwersalnym zasięgu.

Borys Dejnarowicz    
12 lipca 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja