RECENZJE

Rysy
Traveler

2015, U Know Me 5.0

Ponoć polish rock nie ma już nic wspólnego z hasłem "skóra, fura i fryzura", a polski hip-hop właśnie TERAZ (lol) zerwał ze skojarzeniami typu: "ławki, fifki i ziomki". A co słychać w "polskiej muzyce alternatywnej"? No cóż, nie tak dawno ukazała się płyta, chyba wyczekiwana, która z miejsca zaskarbiła sobie sympatię rodzimej krytyki. Odpowiada za nią związany z UKM już od pewnego czasu producencki duet Rysy, czyli Wojciech Urbański oraz Łukasz Stachurko aka Sonar Soul (który w tym roku wydał EP-kę Trip To A). Na podstawie debiutanckiego Traveler mogę stwierdzić, że panowie mocno zasłuchali się w takich wykonawcach jak The xx, Jamie xx, SBTRKT czy Moderat, czyli, nie licząc berlińskiego trio, głównie w "klimatycznej" muzyce "klubowej" z UK, co zresztą zgadza się z notą na bandcampowym profilu albumu. Tak wygląda to w dużym skrócie, ale chciałbym jeszcze wrócić do krajowej recepcji, która usilnie stara się wywindować duo w hierarchii. W recenzji na Onecie czytam: "Rysy wraz ze swym debiutanckim albumem trafiają od razu do pierwszej ligi polskiego electro-popu". Hmm. Idę dalej: "Decyduje o tym wysmakowana produkcja, dobre melodie, ciekawe głosy, ale przede wszystkim zaskakująca oryginalność". Nic nie poradzę, ale po tym drugim zdaniu zwyczajnie śmiać mi się chce.

Ale żeby nie być gołosłownym, przyjrzę się bliżej czterem zawartym w ostatniej wypowiedzi postulatom i postaram się wyjaśnić, dlaczego się z nimi nie zgadzam. Zacznę od końca, a więc od "zaskakującej oryginalności". Trudno nie zauważyć, że stylistyka, w jakiej poruszają się Rysy już od jakiegoś czasu nie jest niczym nowym. Muzyczne, nocne soundtracki opowiadane językiem beatów pojawiają się już od lat 90., do kręgu artystów związanych w różnym stopniu z tą ideą możemy wpisać Massive Attack, Buriala czy Machinedruma, Four Teta, a z nowszych choćby Coyote Clean Up, Leona Vynehalla, Ptaki czy Daniela Drumza (nota bene z UKM). To oczywiście tylko przykłady z brzegu, bo w temat można wsiąknąć, a epigonów ciężko zliczyć, dlatego jakoś nie mogę uwierzyć w tę "zaskakującą oryginalność". Ale sprawiedliwie oddajmy, że przecież oryginalność nie równa się zajebistość, więc na razie nie ma aż tak wielkich powodów do narzekań. Na razie.

Weźmy się za drugą część, czyli "ciekawe głosy". Tutaj już ciężko znaleźć coś na obronę maniery wokalnej znanej z Dumplings Justyny Święs. Nie rozumiem, skąd wzięło się to okropne kopiowanie skandynawskich głosów. Wszyscy dobrze wiemy, że jeśli chodzi o barwę i sposób operowania wokalem, takie postaci jak Björk, Stina Nordenstam czy Karin Dreijer Andersson są zjawiskami osobnymi, niepowtarzalnymi i niepodrabialnymi. Natomiast niemal w każdym utworze na Traveler z gościnnym udziałem polskiej wokalistki (a nazbierało się ich aż siedem, więc niemal cały album) słychać, że dziewczyna próbuje brzmieć jak skandynawska diva, co wypada dość blado ("I Will Fly" to już zupełne przegięcie jeśli chodzi o naśladowanie wokalistki The Knife). Niestety męska część featuringów również nie zachwyca: nie jestem w stanie przetrawić gotyku dla nastolatek w "Cold Inside", pretensjonalnego śpiewu w "New Order" czy drętwoty w "Undone" − wszystko to dzieło Baascha, który w tym roku zadebiutował długogrającym albumem. Okazuje się, że najlepiej z tego towarzystwa wypada Piotr Zioła, o którym zbyt wiele nie wiem (jedynie coś zasłyszałem od znajomych − pozdro Natalia!). Występujący wspólnie z Justyną Święs w "Przyjmij Brak" jest najbardziej autentyczny z całej trójki. Lepszego komplementu nie wymyślę.

Czas na "dobre melodie". Naszukałem się, naszukałem i jakoś niewiele znalazłem. Jest raczej bezpiecznie, przewidywalnie i nudno. Szczytem popowej nośności są wyposażony w łopatologiczny beat "Come Inside" czy brzmiący jak inaczej wykończony w post-produkcji szkic tego wcześniejszego kawałka "Przyjmij Brak". Choć przyznaję − jeden kawałek polskiemu duetowi naprawdę wyszedł i jest nim instrumentalny "The Fib". Tu faktycznie coś się zadziało, kawałek ma puls, jakąś dynamikę, akcję, jest call and response zwolnionego i przyspieszonego wokalnego sampla, jest wreszcie beat, który można puścić w klubie i jeśli publiczność będzie ogarnięta, to zacznie się przy nim dobrze bawić. No i jest to odpowiedź na "Hold Tight" Jamiego xx, kawałek, który ostatecznie trochę bardziej mi się podoba, ale i tak Rysom należą się propsy. Szkoda, że tylko za jeden utwór z dziesięciu.

Kończymy cały tour na związku zgody "wysmakowana produkcja". W tym aspekcie Rysy radzą sobie najlepiej − produkcja jest całkiem solidna. Chodzi zwłaszcza o sound, bo jeśli pochylimy się nad kreatywnością, to spotkamy się z niezbyt wyszukanymi patentami, takimi jak częste nakładanie reverbu w celu uzyskania "klimatu", który ma załatać wszystkie skazy i, nomen omen, rysy materiału. Przeważnie wychodzi to tak, jak "Bracie" albo w otwierającym płytę "Shimmer", gdzie niby wszystko brzmi nieźle, ale nie ma mowy o emocjonalnym zaangażowaniu − raczej chce się ziewać. Innym razem czegoś brakuje, tak jak w przypadku topornie ubitego "Ego" − zamiast doświadczyć footworku z prawdziwego zdarzenia, męczę się przez prawie dwie minuty, dopiero w drugiej części przychodzi odwilż i lepszy moment. Do lepszych momentów Traveler dopisałbym również lekko przełożony dubstepem house'owy "Night Sleep", bo choć ostatecznie ani mnie ziębi, ani grzeje, to na tle całości robi dobre wrażenie. Na tle całości sztampowej, okraszonej irytującymi wokalami, przezroczystymi melodiami i oprawionej w staranną, acz mało błyskotliwą produkcję.

Tomasz Skowyra    
7 października 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie