RECENZJE

Rycerzyki
Kalarnali

2018, Thin Man 6.9

Adela Kiszka: Krakowski rycerski sekstet przynosi wiośniany oddech na polską scenkę indie-popu: Kalarnali mieni się całe od językowych miraży Gosi Zielińskiej, która opowiada nam bajki – beztroskie i proste. Proste nie w sensie negatywnym – mam na myśli to, że liryczna warstwa tej płyty nie jest topornym filozofowaniem za pomocą łopaty. Gosia wie, że w całym codziennym zgiełku – i w muzyce, i w życiu – nie potrzebujemy dodatkowo tumanić się wzajemnie. Jacek Świąder, recenzując Kalarnali i zestawiając Rycerzyki z New People, napisał: "krakowianie potrzebowali powrotów, aby czuć się sobą i nie mieć poczucia zdrady", tłumacząc ich bajkowe teksty. Ale wiecie co? Jan Błoński pisał kiedyś o Miłoszu, że cały czas wraca – więc czasem od tych powrotów można się nabawić np. Nagrody Nobla. Albo chociaż dobrej płyty, która rozkosznie pachnie eskapistyczną wyprawą na Islandię. Oprócz słownych kostek cukru mamy muzyczne obszary, które, gdyby chcieć je przedstawić na mapie hipsometrycznej, miałyby kolory – od żółtego do pomarańczowego (od #e3ff00 do #ff4d00). Podoba mi się to wszystko. Najbardziej, o dziwo, nie "Czerwiec", a "Koniec Zimy", w którym częstuje się nas wersem "a gdy skończą mi się sny, wrócę na kamienne pola". Ja mam tu jeszcze parę spraw i mój betonowy las, ale o Kalarnali mówię "tak" i mam na myśli "tak".

Michał Kołaczyk: Indie? Synthy? Powiedzieć art-pop czy psychodelic-pop, to (przez swoją ogólność) jak nic nie powiedzieć. Rycerzyki już od pierwszego przesłuchania były i będą dla mnie czołowym przedstawicielem Łęcka-wave'u – ekstraktu jej odrealnionej chwili, w której bezwstydnie fascynuje się umorusanymi prolami widzianymi zza okna jadącej kabiny do rozbrzmiewających "Lentilek". Uchwycone w stop-klatce wnętrze jej głowy, które za pomocą paczki kredek i wyobraźni sześciolatka, przekształcone zostaje w odrealnione, pastelowe dźwięki z wysokim stężeniem klasycznej Sofii(phi) na metr kwadratowy. Po jednej nutce Panie Janowski! I może to niepoważny metaforyczny strzał nieudolnie próbujący odmalować ich unikalny charakter, ale czy Wy żądacie ode mnie dojrzałości i matematycznej precyzji, gdy w tym czasie "w jego oczach mdłych, coś więcej się tli", a każdy, kto kreśli o nich słowa, musi, prędzej czy później odnieść się do wszechobecnego eskapizmu.

W tej laurkowej opowieści byłoby wszystko idealnie, gdyby nie gromadzące się czarne chmury, nad ustalonym już na s/t statusem quo zespołu. I o ile inicjująca nowe wydanie "Katla" z "Czarami" bezproblemowo szafują euforycznym odczuciem déjà vu, próbując razem z resztą materiału postępować w zgodzie z hasłem – więcej, ambitniej, intensywniej – to kolejne utwory wyraźnie zaznaczają, że doszło do wewnętrznej zmiany. Do tego, że wciąż silnie obecna piosenkowa podstawa twórczości uległa podskórnej deformacji. Trzy lata to w końcu wystarczająco dużo czasu na wymyślenie sensownej drogi osobistej, po-debiutowej ewolucji, więc naturalnym rozwiązaniem było postawienie na zmianę. A więc zabieg podatny na wady ukryte, w wyniku których pod znakiem zapytania staje dotychczasowa bezpretensjonalna przyjemność łagodnej formy. A odwrócenie uznanych przez słuchaczy schematów wraz z porzuceniem zwiewnej i nieodpowiedzialnej lekkości na rzecz uwiązania całości w masywności konceptu, może rodzić obawy o to, czy przekombinowanie i formalizmy nie zabiją niewinnego Rycerzykowego ducha. I tutaj uspokoję wszystkich.

Gładko poszło, a duch wciąż dycha, pomimo tytułowego kawałka wzbudzającego we mnie jakąś irracjonalną awersję. Także przeciągnięta w nieskończoność końcówka "Wydm" nie daje spokoju, słabo wypadają "Cienie" i "Co Noc" (jak dla mnie wypełniacze). Są jeszcze jakieś niepotrzebne mikro przedłużenia i skrajne udziwnienia zwrotek występujących pomimo precyzyjnych refrenowych hooków przekraczających w swoim stężeniu wszelkie dopuszczalne normy. Generalnie to wyszła tragedia, wstyd i w ogóle... i kogo ja mam oszukiwać. Płyta katowana do nieprzytomności, wszyscy na znak rzucać czapkami i walić czołem w beton, ale dlaczego tak to niech już Wam reszta ekipy wyjaśni, mi się limit znaków skończył. Zły glina zrobił swoje, zły glina wraca do magicznej piwnicy słuchać sobie dalej "Niebieskich Olbrzymów" – jestem skrajnie zachwycony.

Wojciech Chełmecki: No co ja mogę powiedzieć – byłem na koncercie w RE i zdarłem gardło. Jeśli Rycerzyki to były wakacje, Kalarnali to wakacje z duchami, doświadczenie podbiegunowej pustki w pakiecie z bujną wyobraźnią, przekute w chwytliwą, melodyjną formę. Krakowski zespół poszerza wachlarz swoich standardowych inspiracji (Fleetwood Mac, Stereolab, Cocteau Twins) o wycieczki w stronę proga i sophisti oraz dorobek polskiej piosenki lat 80. To tyle teorii, bo tak naprawdę na nic się to zdaje w obliczu skandynawskiego chłodu "Co Noc", koktajlowego reggae-jazzu utworu tytułowego czy plamiastego popu "Końca Zimy", który ma w sobie tyle samo z Genesis, co – chcę w to wierzyć – z Underneath The Pine. Spaja to wszystko osobliwa, bajkowa aura, teatralna niemal maniera narracji i takie ogólne zawieszenia poza czasem sprawiające, że trudno wpisać Rycerzyki w jakieś konkretne ramy, oprócz takich, że "I do pop 'cause that’s what my heart goes". Highlighty? A jakże: fenomenalne wejście sekcji w drugiej części "Katli", genialne, kojarzące się z takim jednym utworem Anny Jurksztowicz chórki z refrenu "Niebieskiego Olbrzyma", moment kulminacyjny "Czarów", w którym Gosia Zielińska śpiewa o niechęci do tańczenia na rozkaz, ale może na tym skończę, bo przecież i tak już znacie to wszystko na pamięć.

Tomasz Skowyra: W moim blurbie również obejdzie się bez niespodzianek, bo podoba mi się płyta i kierunek, jaki obrała załoga krakowskich Rycerzyków. Zewsząd czytam o znakomitych inspiracjach zespołu (m.in. Genesis, Cocteau Twins czy przede wszystkim Stereolab, choć nie oszukujmy się: na Kalarnali nigdzie nie znajdziemy drugiej "Miss Modular" czy drugiego "The Free Design", nawet jeśli fajowy "Koniec Zimy" z serpentynowymi klawiszami zahacza BRZMIENIEM o 'Lab), ale mi ten zwiewny, korzystający ochoczo z prog-rockowego zaplecza i kolorowych retro-syntezatorów, indie-pop oskrzydlający baśniowo-bajkowe teksty mocno kojarzy mi się z Kobietami (i to z najróżniejszych etapów: od debiutu do Mutantów). Co prawda brak na sofomorze Rycerzyków takich hymnów jak "Marcello" czy "Doskonale Tracę Czas", ale ekipa ma czym atakować.

Już od pierwszego kawałka, w którym na słuchającego napiera obezwładniająca fraza (brzmiąca jakoś tak): "TIIIIIIIII / TAAA DE DOOOOOO / TAKKKE DEEE / MAAAJ NAA DOOO". A potem wjeżdża progowy syntezator. Później kręcą się kalejdoskopowe wibracje wyrafinowanego fleetwood soft rocka w "Czarach", a "Czerwiec" znęca się nad nami ewokacją letnich dni, gdy za oknem jeszcze wciąż niewesoło. Jeśli miałby natomiast wskazać fragment płyty, który mnie nie przekonał, to postawiłbym na "Wydmy": jednak z polskim językiem w piosenkach trzeba uważać, bo czasami tych słów jest zaaa duuuuuuużoooooo. A urokliwa disco-koda brzmi trochę brzmi na doklejoną, ale może się czepiam? Więc gdybym miał podsumować: Kalarnali może nie zabiera mnie na koniec tęczy, ale z pewnością pozwala mi patrzeć na ten perfekcyjny układ kolorów bez końca. I to też jest niezły wyczyn.

Redakcja Porcys    
14 marca 2018
BIEŻĄCE
Lista przebojów Carpigiani: Notowanie #19
TinasheJoyride