RECENZJE

Ryan Power
They Sell Doomsday

2017, NNA Tapes 7.8

Who are you?
"I am your future"
What do you want?
"I want you in me"

Your future is here, Ryan. Na początku stycznia, zaraz po podsumowaniu roku, znalazłem chwilę, aby zastanowić się, jakie płytowe prezenty może przynieść powoli rozpędzający się wówczas 2017 rok. Oprócz kilku oczywistych dla mnie typów (Enchanted Hunters, Exit Someone czy Sorja Morja), dość wysoko na mojej liście albumowych życzeń uplasował się brodaty songwriter Ryan Power, który wreszcie miał wydać (wszystko na to wskazywało, a potwierdziło się w kwietniu – dziękuję pani Małgola, a wy sprawdźcie od 33:07) nowego longplaya. Dlaczego to właśnie na kolejny materiał od tego człowieka czekałem tak mocno?

Bo ten rozmiłowany w pogmatwanym popie koleś nie tylko z fantastycznym skutkiem opanował cymesiki i tricki herosów wyrafinowanego songwritingu, zaczynając od Paula McCartneya i Briana Wilsona, a na Paddym McAloonie, Arielu Pinku czy Kevinie Barnesie kończąc (dla kontekstu rzućcie okiem na stworzoną przez Ryana plejkę z kilkoma ulubionymi numerami), ale też jako jeden z nielicznych dziś autorów piosenek potrafi znaleźć złoty środek w pisaniu wielowątkowych (czasami wręcz przekombinowanych), naszpikowanych niebanalnymi zmianami akordów kawałków, w których nie rezygnuje z popowej melodyki, synthowych ornamentów i wypielęgnowanych motywików. Wydany w 2013 krążek Identity Picks był jak dotąd najlepszą wykładnią jego songwriterskiej taktyki, ale wraz z pojawieniem się nowego LP doszło do zmiany na FOTELU LIDERA w mojej prywatnej hierarchii krążków gościa.

W bandcampowej notce piszą, że "in many ways, this is Power's most ambitious recorded statement yet" i nie zamierzam z tym dyskutować. Tym razem miast powolnie rozwijających się, dość długich jak na piosenkę pop narracji (odpalcie Identity), Ryan postawił na różnorodny, wielobarwny bukiet, w którym jeszcze jaskrawiej i wyraźniej objawiają się wymyślone jakby od niechcenia (choć pewnie sporo serca i sił zostało włożonych w ten utwory), wyskakujące co chwilę na powierzchnię, mocarne hooki dekorujące całkiem intrygujące teksty Powera. Jasne, taka strategia może być dla kogoś nużąca czy męcząca, ale ja właśnie na coś takiego czekałem: They Sell Doomsday jest wykwintną, doszczętnie wyłamującą się spod rockistowskiego jarzma kolekcją ekwilibrystycznych, songwriterskich pasaży, w której swoje miejsce znalazło wiele frapujących prog-popowych łamigłówek.

Obok sophisti midi-country jointa "Yer Not Doin' What You Should" pomyka sobie klawiszowe flamenco z gotyckim posmakiem w "Via Media", niezwykle ciepłe i dość konwencjonalne jak na repertuar tej płytki (a właściwie płyty, bo w końcu wyszła na podwójnym winylu) "The Cavalry" niemal zderza się z pokurwionym, sardonicznym odszczepieńcem "In A Tizzy" (właśnie taki kształt winny mieć piosenki zamieszczone na Skeletal Lamping), a kunsztownie opracowany "Empty The Jewels" z cyfrowo-klawiszowymi serpentynami przemyka obok zaśpiewanego chyba na tle poddanego modulacji, standardowego dzwonka z komórki "Give It A Rest". Z kolei w tytułowym możemy posłuchać, jak jeden piękny temacik dosłownie przeistacza się w drugi, a kompozycja ewoluuje "na naszych uszach", podczas gdy precyzyjnie rozrysowany "Lovely, Lovely, Lovely" wikła się w matematycznych układankach, a przy okazji rozjeżdża wszystko cukierkowo-synth-popowym walcem.

KAŻDA piosenka to mały zbiór kapitalnych, fruwających motywów, które wbijają się do głowy jak kleszcz wbija się w skórę i trzeba pewnie użyć zdecydowanych środków, aby się ich pozbyć (z kleszczem jednak lepiej udać się do specjalisty). Ale tego akurat nie radziłbym robić, bo czy można chcieć zapomnieć o tak epickiej eksplozji, jak końcówka "Don't Mention It" czy prześlicznych, pastoralnych plecionkach w olśniewającym "Lazy About Love"? NIE. Zresztą zdążyłem już przesłuchać They Sell Doomsday naprawdę sporo razy i z każdym odsłuchem przywiązuję się do tych songów coraz bardziej i bardziej. Moja więź z tym albumem jest na tyle silna, że niewykluczone, iż na koniec roku to właśnie Power z najnowszym długograjem zamelduje się u mnie na pierwszym miejscu ulubionych albumów roku (a przecież konkurencja w tym roku naprawdę mocna, i to nawet na samym sophisti-popowym odcinku). Ale do grudnia mamy jeszcze trochę czasu, więc na razie będę w błogim spokoju delektował się tym wspaniałym zestawem nutek.

Tomasz Skowyra    
27 października 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie