RECENZJE

Rustie
Green Language

2014, Warp 5.8

Przede wszystkim  po cholerę dwa intra? Żeby zacząć dyskusję o Green Language trzeba przedrzeć się przez dwa sztampowe zwiastuny, tak jakby później miały dziać się nie wiadomo jak trzymające w napięciu historie. Tymczasem po maksymalistycznej bombie purple-soundu, jaką był Glass Swords, Russel Whyte postanowił zróżnicować nastroje, co niekoniecznie przerodziło się w bogaty w emocje materiał. Euforię mogły zluzować np. smutek, zauroczenie, niepokój, zdziwienie, zawstydzenie, obrzydzenie… No ale na plac gry niefortunnie i nachalnie wtrybia się Szkotowi znużenie. Na szczęście nie jest zupełnie do dupy i można zaprezentować kilka ciekawych strzałów z biodra.

Artysta zechciał oprzeć płytę na featuringach. Zawsze jest takie ryzyko, że zapraszając raperów, nie wiesz czy wyskubią coś na odczepne, czy może wybiją numer ponad pierwotną wartość. Rustie zostawił w dedykowanych podkładach sporo więcej przestrzeni niż ma to w zwyczaju i wyszło tak, że gdyby tych raperów podmienić na okładkowe flamingi, to byłoby przynajmniej śmiesznie  green language, co nie? Oczywiście tracą na tym również zaproszone nazwiska - może mniej nieznany szerzej D Double E (ten to się przynajmniej wypromuje), ale fani Danny’ego Browna raczej nie jarają się nawijką, jaką wypluł z siebie w “Attak”. Seryjkę najlepszych tracków otwiera z kolei trzeci rapowany numer, zamieszczony pod indeksem ósmym “He Hate Me”, ale raczej nie ze względu na skille undergroundowców z Gorgeous Children, a wychillowany i lekko smutnawy jak na Rustiego bit. Później wjeżdża bardzo typowy dla Russela “Velcro”, powracający do tematu szklanych mieczy. Mamy tu paletę syntezatorowych barw, wkrada się pastisz trance’u, prog-rocka, trapów i dubstepu. Gdy się urywa, słyszymy nagle vocoder na wokalu Redinho. Wyraźny sygnał do aspiracji popowych szkota. Producencko wszystko się w “Lost” klei, klimat nawet rozczula… ale efekt bardziej skłonił mnie do rozmyślań nad możliwą kolaboracją z Dam-Funkiem. Wyszłoby bardziej sexy niż z Redinho, to pewne. Ciekawe, który z nich powinien wyjść z inicjatywą  mam nadzieję, że się nawzajem przynajmniej kojarzą. Już za pełnoprawną radio-friendly pioseneczkę uznać można “Dream On” zaśpiewane przez Muhsinah, która była nieco bardziej widoczna już ho ho temu, bo w 2008 roku. Amerykańska producentka gościła wtedy wokalnie u The Foreign Exchange na Leave It All Behind, zaśpiewała w “Changes” Commona. Z Rustiem hiciora, tak jak i wtedy nie będzie, ale w kontekście Green Language wybija się ponad średnią.

Niestety cztery numerki to nawet nie ⅓ tracków z Green Language. Po nich znowu następuje jakiś popieprzony pomysł z podwójnym outro. Inaczej nie umiem pojąć następujących po sobie beztreściowych numerów. OK, zwracam uwagę, że ostatni na płytce kawałek tytułowy wyprowadza nas rzeczywiście na łono natury. Mamy pianinkowy ambiencik z przebijającym się z tła świergoleniem ptaszków, czyli wyłączamy komputer i idziemy na bagna, do lasu. No ale nie wiem, nie wiem, bo dorzucając do obrazu całości przerywyniki takie jakie uspokojony, przestrzenny “Paradise Stone” oraz “Tempest”, a także dresiarski “Raptor”, to z pewnością nie widzę tu rozwoju, jakiego życzyłem sobie po Glass Swords. Niemniej może jest to jakiś krok w bok, lub nawet kroczek do tyłu, by później zrobić dwa w przód? Rustie ciągle ma atut bycia najlepszym reprezentantem oryginalnej sceny. Za jakiś czas jeszcze może namieszać.

 

Michał Hantke    
2 września 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie