RECENZJE

Rustie
Glass Swords

2011, Warp 6.7

Młody wypuścił w świat problematyczną płytę. Nie uświadczysz na niej cienia subtelności, ale należy podejść do niej z wyczuciem. Bardzo łatwo można zniechęcić się intensywną dawką trance’owego patosu, prog-rockowego zadufania zaklętego w solówkowych kawalkadach dźwięków i obskurnych bitów. Po wtóre w losowo wybranych sytuacjach raczej nie mamy ochoty na muzykę tak ofensywną. Stąd też mój stosunek do Glass Swords zmieniał się kilkukrotnie na skali od umiarkowanej aprobaty po upojenie hookami. Jak bardzo adekwatny jest tytuł tego krążka unaocznia nam zrelatywizowanie go do debiutu innego ziomka z Glasgow, Hudsona Mohawke. Wydaje się, że HudMo miał dokładnie ten sam materiał, te same barwy, sample, te same programy, tylko że zrobił z tego Butter. Tymczasem Russel Whyte debiutuje pobłyskującym w barwach neonów Glass Swords, rozbijającym się na dziesiątki chwytliwych motywów rozsypanych w zakamarkach pamięci na długo.

Po otwierającym manierycznym i pustym preludium na syntezator w membrany uderza klangujący synth-funk "Flash Back" i bombastyczność powierzchownego przepychu nie opuszcza albumu do końca. Mamy startujący klasycznym narastaniem i wybuchem "Surph", a nastepujący po nim "Hover Traps" wykorzystuje wyjętą z trance’owego schematu hymniczną spogłosowaną melodię. Patenty z tych nie cieszących się przesadnie dobrą renomą okolic tanecznej elektroniki powracają też ewidentnie w "Death Mountain", aczkolwiek ich z gruntu sztampowy wymiar gubi się w wyraźnie pastiszowym kontekście dobranych składników. Generalnie, ze względu na przetasowane rytmy, konstrukcje te są bardzo chybotliwe, dynamiczne, a dodatkowo chętnie stosowane wtręty chiptune’owe ewokują okoliczności skakania po latających platformach jakiejś futurystycznej zręcznościówki na konsolę.

Co prawda wiele osób w branży łączy Rustiego z dubstepem, aczkolwiek nie należy przywiązywać większej wagi do takiej kategoryzacji. Elementy tego genre pojawiają się w charakterystycznych tempach i uderzeniach "After Light" i szczególnie "City Star". Szczęśliwie jednak obyło się tu bez przeklętego już chyba na dłuższe lata wobble bassu, albowiem Whyte opiera swój styl na przeciwstawnych mu jaskrawych synthach. Obfitość i wielobarwność ich tłustych warstw, położonych na niestabilnych i chybotliwych rusztowaniach rytmicznych sytuuje Glass Swords w obrębie najbardziej oryginalnych dzieł z kręgu wonky, a już na pewno jego purple soundowej odnogi. Takie bangery jak "Ultra Thizz" czy "All Nite" to absolutna czołówka parkietowych strzałów tego roku i jakieś dwa przestoje na długości całego albumu nie są w stanie zaniżyć pozytywnego odbioru całości. Czepiać się z kolei można radykalizmu w ciśnieniu na przebojowość i tej zamierzonej, aczkolwiek męczącej na dłuższą metę płytkości produkcyjnej. Stąd prosta konkluzja: płyta świetna, ale raz na jakiś czas. Możliwe jednak, że za parę lat upomni się o prawa do klasyki gatunku.

Michał Hantke    
5 listopada 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie