RECENZJE

Running In The Fog
Faaaade

2011, self-released 6.5

Debiutancki album pochodzącej z San Francisco Amandy Harper nie przynosi rewolucji w obrębie doskonale znanych nam stylistyk, ale za sprawą niewątpliwej jakości songwritingu pozwala snuć przypuszczenia, że oto być może faktycznie jesteśmy świadkami narodzin "nowego chillwave’u". Dlaczego "nowego" i dlaczego "chillwave’u"? Już tłumaczę – pomiędzy tym co obserwujemy ostatnio w żeńskim wykonaniu a początkami glo-fi widać sporo analogii – do mnie najbardziej trafia podejście do tego zdarzenia przez pryzmat Ariela Pinka. Lidera Haunted Graffiti powszechnie uważa się za "ojca chrzestnego" chill-gry i nie widzę powodu, dla którego za kilka podobnej "patronackiej" roli dla nowego nurtu nie miałaby odgrywać Nite Jewel.

Tych mentalnych kontynuatorek drogi Ramony już jest zresztą parę – pośród nich Tickley Feather, Maria Minerva, Julia Holter czy Geneva Jacuzzi jako te najważniejsze – ale żadna z tych pań nie nagrała jeszcze tylu dobrych piosenek co autorka "Want You Back". Można się kłócić o brak przełomowego albumu, ale ci, którzy nie dali się porwać Good Evening może wymiękną przed jego sofomorem, którego premiera podobno już na jesieni.

Oczywiście jak zawsze przy tego typu sprawach pojawia się problem z nazwą. Może ktoś wymyśli coś równie chwytliwego jak chillwave, ale ubierając to w stricte muzyczne łatki można pokusić się o nazwanie tego "lo-fi synth’n’b" czy nawet – jak proponuje Wojtek po kontakcie z Faaaade – "chill-goth-rnb popem". Na pewno bliżej im mentalnie jak i pod kątem inspiracji do Autre Ne Veut i How To Dress Well niż do Neon Indian czy Washed Out. Sama Amanda Harper lubi określać swoją muzykę jako "space goth synth pop" i znajduje to pewne odbicie w faktach. Na debiucie Running In The Fog dominuje bowiem muzyka trudna do zdefiniowania, inspirowana zarówno trip-hopową motoryką z początku 90s jak i szeroko pojętym współczesnym bedroom popem. Tych odniesień można by szukać na pęczki, najważniejsze, że przekładają się na naprawdę charakterystyczne, wielowątkowe piosenki. Największe wrażenie robi podążający w sobie tylko znanym kierunku numer tytułowy oraz pogodny chill w "Missed The Rain". W ogóle w ani jednej piosence Amanda nie krewi i spokojnie mogłaby się z tego uskładać EP-ka w okolicach 7.0 gdyby wyciąć te niepotrzebne i niewiele wnoszące remixy. Jak na początek kariery jest jednak lepiej niż dobrze i jeśli ten mały żeński zryw rzeczywiście przerodzi się w coś więcej, to jestem przekonany, że z czasem Faaaade doczeka się sporego grona fanów.

Kacper Bartosiak    
4 sierpnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie