RECENZJE
Run The Jewels

Run The Jewels
Run The Jewels 2

2014, Mass Appeal 6.7

Mija rok od przyjętego nad wyraz entuzjastycznie debiutu konsolidującego Atlantę i Brooklyn, który z miejsca uczynił El Producto i Killera Mike’a rap-duetem wielkim, ponoć na miarę OutKast lub harcującej w tamtym czasie najlepiej opłacanej koncertowo pary hiphopowców – Kanye West & Jay Z. Trudno więc, w świetle napływających zewsząd nachalnych zachwytów, zachować choć skrawek obiektywizmu podczas mierzenia się z ich drugim dzieciakiem, naturalnie kontynuującym obrany na "jedynce" styl wydawniczym follow-upem – Run the Jewels 2.

Zatrzymując się jeszcze na chwilę przy całej tej machinie promocyjnej, a nie skupiając bezpośrednio na treści płyty, zauważę, że zdumiewającym jest, że ktoś faktycznie pada na kolana przed duetem tylko ze względu na to, iż rzucił on drugim materiałem w odstępie zaledwie trzystu sześćdziesięciu pięciu dni. Jasne, pewnie byłbym równie rozentuzjazmowany i zszokowany, gdybym nie miał na uwadze czasowego wymiaru obydwu release’ów. Odpowiednio trzydzieści trzy minuty oraz prawie czterdzieści to nie są imponujące wartości, jeżeli chodzi o stricte braggowy album, tym bardziej kiedy zdamy sobie sprawę z oczywistych topowych skillów raperów.

Ad rem: od pierwszego do ostatniego indeksu nie opuszcza mnie wrażenie, że mamy do czynienia z Parental Advisory wersją RTJ (hiperbolizuję). El-P nie uprzedził, że Run the Jewels ma nie być dla naszych dzieci. Duet, a szczególnie jego ruda połówka, ostro spuścił z tonu na płaszczyźnie rapowej ekspresji, wyzbywając się przy tym (w pewnym stopniu) charakteryzującej go brudnej, iście undergroundowej agresji godnej przyszłych rookie of the year. Czy mam rozumieć, że rzucona na początku najkrótszego kawałka linijka "Last album voodoo, proved that we was fuckin' brutal" oznacza, że nie mają w aspekcie brutalności już nic do udowodnienia? Szkoda. Poza tym wszystko po staremu. Zostały hektolitry przelewanej na pętlach buńczuczności – Mike w co drugim kawałku podkreśla swoją naturę samca alfa oraz katuje słowem "arrogant" niemal w każdej możliwej konfiguracji. Nie brakuje seksu i przemocy. Nie odpuścił również narkotykowych storytellingów ("Crown"), w których rozlicza się ze swoją przeszłością – handlującym kokainą dzieciakiem: "Down with the same / Used to walk traps In the rain with cocaine". A wszystko to tworzone w oparach konopnego dymu (czego dowodem "Early"), dodajmy, że w przededniu czterdziestych urodzin. Bez wątpienia dwóch Piotrusiów Panów amerykańskiej rapgry. W końcu "I’m fly as a pegasus, that’s no embellishment", prawda?

Ale w myśl zasady, że w przyrodzie nic nie ginie, zdecydowanie warto poszukać płaszczyzny, na którą przeniesione zostały te niewykorzystane pokłady energii. Brak zaangażowania w warstwę flow El-P odpracował swoimi najlepszymi tekstowo zwrotkami w historii projektu. Prawie cała płyta poziomem dorównuje (bądź miejscami nawet przewyższa) rzuconej na wejście w zamykającym część pierwszą "A Christmas Fucking Miracle" trzydziestce dwójce. Cechujący Producto cynizm, niebywała lotność umysłu i ironiczna postawa znajdują upust za sprawą zgrabnych wordplayów i co najmniej kilkupoziomowych metafor w każdym utworze na płycie. Do tego imponują podszyte dwuznacznością wersy, jak choćby: "I been around the block, babe, I know a few facts / Maniac, brainiac, run go tell them that / ATLien, NY felon rap", w oczywisty sposób odnoszące się do wspomnianej w pierwszym akapicie dwójki i miast wpisanych w metryce urodzenia członków RTJ. Również w kwestii beatów odnotować należy słyszalny gołym uchem progres, co niekoniecznie rozpatrywałbym w tym konkretnym przypadku in plus, bowiem przez apatyczność rymowania teksty nikną gdzieś, schodzą na dalszy plan w konfrontacji z solidną warstwą produkcyjną. To już nie te same, wyraźnie zachowawcze podkłady, a bardziej ekspansywny i rozbudowany tętent, choć do poziomu solówek Cancer 4 Cure czy R.A.P. Music jeszcze trochę brakuje. Nie wspominając o Fantastic Damage i The Cold Vein Cannibal Oxa, ale to już zupełnie inna bajka (i czasy).

Co jeszcze prócz apatyczności nawijki mierzi mnie w RTJ2? Nierównomiernie rozłożona "hitowość". Debiut obfitował w zdecydowanie większą liczbę wwiercających się w czaszkę hooków, podczas gdy kontynuacja raczy raptem dwoma: "Lie, Cheat, Steal" oraz, za sprawą podśpiewującego Bootsa (ekwiwalent Until The Ribbon Break w "Job Well Done"), "Early". Potencjalnych sążnych bengerów jak na lekarstwo. Dodatkowo zbyt mnoga ilość gości i całkowicie chybiona obecność Gangsta Boo w "Love Again (Akinyele Back)". Ja rozumiem, że nawiązanie do Akinyele, że tylko słynąca z opływających w seksualność tekstów członkini legendarnej Three 6 Mafii tak doskonale nadawała się na featuring, ale finalna wersja utworu pozostawia wiele do życzenia. Powtarzana fraza "dick in her mouth all day" brzmi tandetnie (niezależnie od tego, że pełni tutaj rolę follow-upu do "Just Put It In My Mouth") i jest tak samo słabym momentem płyty, jak nietrafiony, psujący całość utwór "Pussy Is Mine" na niezłym Kaleidoscope Dream Miguela.

Podkreślam, iż nie kwestionuję obecności chemii łączącej dwójkę obecnie najbardziej charyzmatycznych raperów w Stanach Zjednoczonych, a nawet i na świecie. Cieszę się, że w końcu są pewni swojej tożsamości i już nie wydzierają się na każdym kroku "Run the Jewels". Doceniam "dwójkę", uważając za płytę dobrą, o ile nie bardzo dobrą, ale mam wciąż w pamięci swoją minę i odczucia towarzyszące dziewiczemu odsłuchowi debiutu. Wtedy nikt nie wiedział, czego się spodziewać, byliśmy zupełnie nieoswojeni, a za sprawą singli już w przededniu premiery RTJ2 mieliśmy zarys, jaki kształt przybierze ich druga pozycja w dyskografii. Stąd ten niedosyt, bo czuję, że można było lepiej, innowacyjnie, przede wszystkim z większym zaangażowaniem emocjonalnym, mniej odtwórczo. Bez tej cholernie wyraźnej dysproporcji między częściami składowymi w najróżniejszych konfiguracjach: beatem, Killerem, Producto, gośćmi, flow i tekstem. Rok temu mieliśmy nieoszlifowany klejnot, a dziś odszykowany diament. Rok temu wbijało w fotel, a dziś tylko buja. Szkoda, bo niesłychanie ceniłem sobie przebojową surowość.

Witold Tyczka    
4 listopada 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy