RECENZJE

Różni Wykonawcy
Team Kitty-Yo

2004, Kitty-Yo 4.1

Nie jestem do końca przekonany, czy każdy mniejszy niezależny label powinien koniecznie decydować się na wyrabianie własnej wizytówki. Zainteresowanie takimi składakami raczej niewielkie, więc żeby przekrojowe wydawnictwo nabrało sensu musi pojawić się wizja albo przynajmniej nieco bardziej porywająca myśl. Jak na mój gust, wypuszczony z okazji dziesiątych urodzin Kotka, obszerny, dwupłytowy przegląd różnorodnych inicjatyw podejmowanych ostatnimi laty pod patronatem Kitty-Yo absolutnie nie ma prawa zainteresować potencjalnego undergroundowego "elektronicznego" odbiorcy. No bo kurde czym? To tracki w większości zaczerpnięte z fonograficznie udokumentowanych już pozycji z archiwów wytwórni (zaledwie kilka premierowych nagrań i remixów); w dodatku zamiast ostrą amunicją Kitty-Yo strzela tu kapiszonami – dominują kawałki dobre i solidne, jednak prawie zupełnie brakuje tych znakomitych, rewelacyjnych, czy olśniewających. Śmieszniej nawet: złośliwie i nieco przewrotnie można by stwierdzić, że kompilacja odnosi dokładnie odwrotny efekt od prawdopodobnie zamierzonego, de facto obrazując spadek (zamiast wzrost) prestiżu i znaczenia wydawniczej kompani, jeszcze parę wiosen temu postrzeganej przez ważne recenzenckie persony jako źródło najświeższych muzycznych wybryków. Ok, z ręką na sercu nie znam poprzednich "variousów" prezentujących osiągnięcia teamu, ale raczej nie jest to seria o randze kompaktowych Totali. Nie wykluczone, że jeszcze na przełomie wieków udałoby się uchwycić jakieś szaleństwa i ekscesy (Peaches?), natomiast obecnie wszystko zdaje się rozmyte i mało ekscytujące, więc zbieranie do kupy zasłużonych dla stajni artystów, nie wnoszących już żadnych orzeźwiających treści, trochę mija się z celem. No jeśli ktoś gustuje w zwyczajnie solidnych rekapitulacjach, wtedy mój osąd okaże się pewnie zbyt pospieszny.

Przyjrzyjmy się bliżej. Dominują tu klimaty przeciętne z drobnymi przebłyskami. Pierwszy dysk otwiera kompozycja Sex In Dallas, niewiele wyrażająca, szwabsko-francuska ekskursja w rzeczywistość syntetycznych bitów. Zaraz później Richard Davis serwuje zamknięty w house'owej oprawie, nudnawo zrealizowany słodki song, oparty na dopasowanych jak klocki lego loopach rzewnych smyków i zaskakujący jedynie krótkim wkroczeniem breaków w końcówce. Podążając tropem piosenkowym Taylor Savvy próbuje swoich sił w formule elektronicznego soulu, wypadając mdławo, ale ratując ogólne wrażenie niespodziewanym przeobrażeniem harmonicznym w outro. Nastrój refleksji przemawia przez precyzyjny i prosty, choć brzmieniowo dość głęboki smooth-IDM Spyritual. I właśnie w stronę takiego inteligentno-tanecznego avant-popu logicznie rozwija się ten krążek. Kolejne utwory dobierane są jasno i przejrzyście według nastrojów. Problem w tym, że ten system po prostu nie działa: na wysokości gejowskiego ambient-popu Maximiliana Heckera powinienem już odpływać pogrążony w misterium; tym czasem jedyne w czym jestem pogrążony to nuda. Spoko, niewątpliwie przyjemne kawałki, ale równocześnie większość taka raczej "oh-so-forgettable". No ludzie, mam lepsze rzeczy do roboty niż słuchanie miłej, uładzonej, niczemu nie służącej składanki.

Sprawy przybierają pomyślniejszy obrót pod koniec krążka, gdzie Rhythm King zalicza intrygujący epizod post-electro, przykuwając uwagę adultowym wokalem, a Rechenzentrum drobiazgowo plecie swoją miniaturkę, kombinując z równoległymi autonomicznymi tematami. Szkoda, że powstała harmonia nie rzuca na kolana. Jay Haze usiłuje podejść od strony hipnotyzowania eksperymentalną soulową dekonstrukcją, lecz kiedy przypomnę sobie naszego drogiego Maksia Tundrę (o, to płytka, na którą się czeka) ujawnia się różnica trzech i pół klasy co najmniej. Kante częstują rewelacyjnym latynoskim jazzem, ożywiając atmosferę pomysłowymi melodiami, spotykającymi gładki sound i czarny feeling z nieskomplikowanym światem knajpianej meksykańskiej kapeli. Ta sama formacja powraca ze świetnym, nowoczesnym jazz-hopem na kontynuującym dobrą passę drugim CD. I z wyjątkiem beznadziejnej, zdubowanej wersji "Where Is My Mind" napotykamy na płytce nieraz frapujące wprawki obracające się wokół gustownego IDM i modern electro. Trudno dostrzec tu konkretny klucz w sekwencjonowaniu tracków, co prawdę mówiąc daje znacznie fajniejszy rezultat. Więcej życia w tym jest po prostu. Wciąż, w dobie masowego zasysania, zwłaszcza wszelkiej komputerowej, futurystycznej muzy, nie znajduję dobrych argumentów usprawiedliwiających powstanie tego składaka w formie innej niż darmowa.

Michał Zagroba    
4 kwietnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie