RECENZJE

Różni Wykonawcy
Run The Road

2005, 679 7.0

- Grime srime, chuja tam.
- "You ain't got nothin' / North, East and South / And I'ma East boy, you're a chief boy / I finish shit, but you start the beef, boy".
- Aa, to OK.

Ale i tak najfajniejsze jest to, że dzięki płycie mamy możliwość dorwania dzwonków na swój telefon (Kano w twojej Nokii, orgazm). Są również foty i tracklista jest, brakuje co najwyżej czata i skórek do winampa, co zdaje się próbuje rekompensować jakość nagrań. Całkiem skutecznie. Ale także: "Jeszcze raz oceńcie coś po wyabstrahowaniu z kontekstu, pozabijam" – jak powiedział filozof: grime jest zjawiskiem wynikającym z atmosfery wschodniego Londynu, z subkulturowych przemian i wpływów, co by rzucić frazesem. Tak więc rozpatrzenie go nie daje większej przyjemności bez wcześniejszego nabycia informacji podstawowych intuicyjnie, do słuchania przydających się również. Rozpropagowany przez atmosferę medialną wokół Dizzeego (w ogóle moment liczonej w setkach tysięcy ofiar zajawki przy wypłynięciu "I Luv U") nurt wypromował kilku rozpoznawalnych "w świecie" artystów – Wiley, Lady Sovereign czy ostatnio M.I.A. (choć tak się różni, nie można nie przyjmować faktu o jej wynikaniu z okolic szumu grime) i nadeszła pora na definicję. Czy jest to Boy In Da Corner czy raczej Showtime? Czy Kano, czy jednak ciągle Roll Deep? Czy mieszanka podziemia i mainstreamu, czy jakieś przesunięcie w konkretną stronę, na przykład, dramową? I właśnie na te pytania z grubsza odpowiada kompilacja Run The Road, za której egzemplarz dziękujemy wytwórni (a konkretnie ja, bo lubię podniszczone digipacki), zawierająca kawałki najpopularniejszych MC i producentów z bieżącej fazy rozwoju nurtu, dlatego między innymi ocena &>), a nie inna. Tak się przedstawia ewaluacja z trudem wyprowadzonego ogólnego wrażenia jakości przesłuchanej muzyki "ich wszystkich".

W ciągu kilku lat szum rósł, poszerzał zasięg, podpisywał kontrakty. Poszły sprawy tak daleko, że już się niggazami tytułują, ciągną dalej orientalne wpływy. No i właśnie, już ostra orientacja na mainstream, antycypowana tu i tam, w końcu jest widoczna klarownie. A ja trochę przeceniłem może rolę składanki; to taki przewodnik raczej podstawowy; zatopieni po włos w nurcie raczej nie zrobią sobie ołtarzyka z okładki (czy zrobią?); pozostaje delektować się hookami, bo trochę ich tu upchano pomiędzy ulicznymi punch / kick-line'ami. I w zasadzie jedynym mankamentem jest charakterystyczne dla większości ulicznych prądów zamykanie odbiorców w granicach własnego zasięgu, pola apercepcji, istne skracanie mozliwości odbioru. Bo poruszamy się tu po specyficznym gruncie, odwołującym się nawet i często do źródłowych form (oraz niuansów popkulturowych), jednak ciąży nad nim konretna i ograniczająca atmosfera (jednak o dużo mniejszym natężeniu niż jeszcze półtora, dwa lata temu), vide fragment od połowy czwartego wiersza do ósmego pierwszego akapitu. Inaczej: forma grime jest zdeterminowana inspiracjami oraz warunkami i trybem życia wykonawców, jak i wiele innych genre'ów, co tutaj jednak przybiera postać dość hermetycznych kompleksów. Korzystając więc z naturalnych inklinacji, ewolucja przebiega niekiedy w układy rytmiczne czasem kopiowane ze Stanów (jak właśnie Kano momentami), w pozostałych przypadkach ciągle tkwimy w obrębie tworów przytłaczających apokaliptycznym, syntetycznym brzęczeniem i pokładami bitów niedalekich brzmieniowo od kopania blachy, jak u Roll Deep czy Shystie.

Na Run The Road, bez nieoczekiwanych niespodzianek, znajdziemy wszystkie charakterystyczne elementy: agresywny, "icey-electro-riffowy" sound zespolony z ringote'ami; twarde, minimalistyczne bity; wpływy rave i drum'n'bassu na podwalinach z "rozdźwięcznych brzęków" (jak wygląda na monitorze tak i brzmi momentami, radzę się przyzwyczaić); smaczki syntetyczno-orientalne; przyczajone arcadowe arpeggia; i to za co ich najbardziej lubimy: hiphopowo-dancehallowa geometria struktur i niesymetryczne relacje między płaszczyznami rytmu. Wszystkie klocki starannie (i schematycznie niestety) poukładane w dobrze znane figury. Ale jeszcze hooki.

A konkretnie, o symbolicznym znaczeniu dla stylistyki, wymiatają poszczególne kawałki tych znanych: clash w podkładzie "P's And Q's", b-side Diza z singla "Stand Up Tall" (choć nie padł daleko od jakości Showtime, tu jako ciekawostka), kolejna drapieżna No Lay na plastikowych smykach i synetycznym motywie jak od Roll Deep czy Wileya solo; jeszcze twardsza od niej, zionąca chęcią dominowania w stylu Missy panna Shystie; bujający symetrią "Gimmie Dat"; stepujący, buczący Cheque 1, 2 remix "Cha-Ching" Sovereign (oraz jej złośliwy, skrzęczący flow). W zasadzie skipuję tylko mdłe, plumkające, jakieś Ears "Happy Dayz" oraz "Fit But You Know It" Skinnera z czwórką gości. Reszta albo trzyma dobry poziom albo rezonuje po aksonach, a wygląda to w ten sposób, że impulsy są wzmacniane repetycjami. I tak zostaje.

Mateusz Jędras    
6 czerwca 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy