RECENZJE

Różni Wykonawcy
Monsieur Gainsbourg Revisited

2006, Universal 3.9

Oto kolejny spóźniony tekst Konatowicz. Tym razem ponad dwumiesięczne spóźnienie (na które mam dobre i dramatyczne wytłumaczenie, którego tu nie przytoczę) sprawia, że recenzja staje się zupełnie nieistotna. Naprawdę – nie czytajcie.

Ale serio – kogo obchodzą tribute albumy (gratuluje szczęśliwemu nabywcy tego w dużej mierze gotyckiego dla Radiohead, który oddałem do komisu)? Kto przejmuje się ich reckami? Kto ma czas na przeczytanie spóźnionej recki tribute albumu? O tej płycie pewnie przeczytaliście newsy, bo piosenki Serge’a nagrała obsada kimsiów, zamiast tradycyjnej w takich wypadkach zgrai nikogów. Co nie czyni jej wartą waszego czasu czy pieniędzy. A co chodzi? Chodzi o to, że prawie wszystkie zebrane tu gwiazdy – z asortymentu gwiazd dla fajnej młodzieży – wpadają w pułapkę muzaku. Tudzież nie chodzi o nic, bo przy sekundzie dekoncentracji można zapomnieć, że Monsieur Gainsbourg Revisited gra w pomieszczeniu, w którym się znajdujecie. Dranie! Wykastrowali Serge’a! Gainsbourg był brudny, sexi i nigdy nudny. Te covery są sformatowane dla domu handlowego w twoim mieście. Nawet Jarvis Cocker nie daje rady i średni i nudzi, co dziwi i boli bo Cocker robiący Gainsbourga to przecież jak Coyne robiący Barretta. A są też momenty okropne – Faultline z Brianem Molko w "Requiem For A Jerk", które brzmi jak kowal jamujący w kuźni ze swoim wiernym osłem na wokalu, Tricky w "Au Revoir Emmanulle", które brzmi jak piosenka Trickyego i Placebo (tak właśnie – Brian Molko razy dwa) w "The Ballad Of Melody Nelson", które brzmi jak coś z Black Market Music.

Są na tym albumie przyjemne momenty, ale nie nadają jej najmniejszego ciężaru wartości. Jest równie ciekawa i istotna jak ta recenzja. I tak samo często będziecie do niej wracać (także rozważcie czy chce się wam nawet ściągać).

Łukasz Konatowicz    
12 października 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja