RECENZJE

Różni Wykonawcy
Mono No Aware

2017, PAN 8.2

Antoni Barszczak: Nie bez znaczenia zdaje mi się, że moim ulubionym tegorocznym wydawnictwem (przynajmniej do tej pory) jest ambientowa kompilacja różnych artystów. Nigdy nie byłem przesadnym fanem składanek, a tak powszechny teraz format playlisty jest raczej w moim życiu nieobecny. Co więcej, nigdy nie byłem w stanie traktować ambientu na tych samych prawach, co inne gatunki. Owszem – dostarczał mi nierzadko potężnych doznań, nie słuchałem go jednak w taki sam sposób; zawsze odczuwałem potrzebę zaaranżowania odpowiednich warunków, skupienia i takich tam. Pozostawał w pewnej sferze sacrum, w której niegdyś (za czasów gimnazjalnych odkryć) znajdowała się cała muzyka. Mono No Aware w pewien sposób mnie rozdziewiczyło.

Ale ja o koncepcie, który niesie ze sobą tytuł, rozważać nie będę, choć jeśli ktoś nie wie, co on znaczy – polecam sobie zobaczyć, bo jest on tutaj wyraźnie słyszalny. Zresztą nie wiem, jakim cudem się to stało, że taka kobyła (mam na myśli długość całości), za którą odpowiedzialnych jest tyle osób (no bo więcej niż jest utworów), tak sprawnie realizuje zamysł pomysłodawcy, tworzy dzieło tak doskonale spójne, o określonej narracji, a przy tym bogate i niejednorodne. Dźwiękowa tkanka stoi w rozkroku pomiędzy dwoma terminami – ciepło i cyfrowość, i spełnia się w nich symultanicznie. W zdecydowanej większości fragmentów bardzo wyraźnie słychać nieanalogowość brzmienia i nie mam tu na myśli takich momentów jak tonalne szaleństwa TCF czy wycia w "VXOMEG". Chodzi mi raczej o pewną powściągliwą nienaturalność, oswojoną dehumanizację. Obcą tkankę zapewniający porządek i bezpieczeństwo. Pierwsze trzy kawałki to w ogóle tak piękny kwadrans, że brakuje mi słów. A dalej? Ciągnące się w nieskończoność "Second Mistake", które jest potrzebne całości jak jęczące zwieńczenie "Monheim" u Godspeedów. Opowieść w opowieści, którą przedstawia Jeff Witscher, łopotania przestrzeni w "Exasthrus (Pane)", oniryczny closer i praktycznie wszystko pomiędzy. To wybitne rzeczy, nie mam co do tego wątpliwości.

Chętnie bym jeszcze napisał, jak ważną rolę pełni na tej płycie ludzki głos, jak cenny dla mnie jest spokój, który mojemu duchowi Mono No Aware zapewnia (medytacja droższa od czasu i pieniędzy) i o paru innych rzeczach, ale zamykam już się i przekazuję majka.

Witold Tyczka: Płyty-składanki nagrywane przez tuzin artystów to zawsze ogromne ryzyko. Jeżeli album nie wpasuje się w ten rys dzieła-kompilacji pewnego ruchu, pewnej estetyki, to prawie zawsze wychodzi obrzydliwie nierówny muzyczny charłak. Na szczęście przy okazji Mono No Aware PAN stanęli na wysokości zadania i popełnili definiujący "coś", czysto zajawkowo-movemenciarski krążek. Taką pozycję, którą nie wstyd postawić w jednym szeregu ze szczytowymi osiągnięciami nurtu fonograficzno-podsumowującego. Funkujący afrobeat miał Love's A Real Thing - The Funky Fuzzy Sounds Of West Africa, improv dla zapracowanych pięknie wykładał The Miracle Of Levitation, o pięćdziesięciu twarzach onkyo uczyłem się z Improvised Music From Japan, natomiast japoński bestiariusz tłumaczący zachowania gitarowych freaków nazywał się Ongaku 70. Potem był indeks zawierający nazwiska ekscentryków EAI, Music Made With Balloon and/or Needle, natomiast dziś ktoś wreszcie przedłożył, o co tak naprawdę chodzi w tym "nowym ambiencie". I na dodatek w sposób całkowicie bezosobowy. Ksywki nie grają, bo i wcześniej nie zagrały, dosłownie. Albo trzeba się zabawić w bandcampowego Sama Spade'a, ażeby do jakichś dotrzeć. Zresztą, będąc uczciwym wobec siebie i całego świata, gdyby przyszło mi obcować z gościem grającym przez godzinę syntezę Stars Of The Lid, czy syntentyczne smyki A Winged Victory For The Sullen, to bym oszalał. Nie dlatego, że nie kręci mnie eskapizm i wycieczki w sam środek krainy wiecznego błogostanu, ale trudno ekscytować się newcomerem biegle posługującym się narzędziami ascendentów.

Na tej płaszczyźnie Mono No Aware zyskuje – jako dźwiękowy witraż w zasadzie wolny od przytłaczającego gradu niekończących się porównań. I zdaje się, że artyści sami skumali ten koncept. Chwycili, że nikt Malibu za włosy nie pociągnie, jeżeli "Held" okaże się ambientem w popie czy popem w ambiencie, z metką "Grouper 2.0". Bo w VA freestyle'u dozwolone jest wszystko. Dlatego kilka indeksów jawnie zdziera ze Steve'a Roacha, z Roberta Richa i duetu Fripp/Eno. Quasi-plemienne kompozycje stykają się z chłodem kosmicznego ambientu, a ten zaprasza do tańca taśmowe wycinki uformowane w zachwycające pętle. A skoro przy pętlach jesteśmy, to warto wspomnieć, że uświadczymy tu również ducha progresywnego Basinskiego z ostatniej płyty, zaklętego w kilkudziesięciu sekundach dęciaków ze "Stretch Deep". Jeszcze zanim czysta, "zdehumanizowana" muzyka tła stanie przed wejściem do klubu, dzięki Sky H1, a potem wpadnie w ręce Mesha. I tutaj dopatrywałbym się tego punktu kulminacyjnego, na wysokości trzynastej i czternastej kompozycji, kiedy "nowy" (power) ambient spotyka się z "Exaasthrus (Pane)" – na górze eteryczny Gas, na dole połamane IDM-owe pląsy o dziwacznych konstrukcjach rytmicznych. Stare odwiedza nowe, rozpoznawalni artyści (Sky H1, Yves Tumor, Bill Kouligas, TCF, Mesh, itd.) konfrontują się z tymi mniej znanymi i, co najważniejsze, mówią jednym językiem o mimowolnie zachodzących na ich elektronicznym poletku zmianach. Wyłapują modne obecnie tropy, wydaje się, że znają (świadomie lub nie) protoplastów gatunku, wzmacniają całość pierwiastkiem "autorskiej myśli" i serwują spójny intelektualnie album, którego na pewno nie zabraknie w podsumowaniach roku 2017.

Paweł Wycisło: Gdy jakiś czas temu wróciłem do debiutu 2 8 1 4, nie mogłem powstrzymać się od stwierdzenia, że już po kilkudziesięciu sekundach wiadomo, że to świetna płyta. I musiało minąć wiele miesięcy, żebym mógł z dumą ogłosić światu, że moja wrażliwość na dobrą muzykę nadal ma się znakomicie. Deszczowe "Fr3sh" idealnie wprowadza w świat, w którym tylko pozytywny wynik testu Voig(h)ta-Kampffa pozwala odbyć bezsensowną wyprawę po blade runo. Dlatego sprawdzam w dłoni wagę pierścieni Saturna, żeby złapać chwilę na oddech przed nieznającą początku i końca podróżą autostradą w Solaris. I chętnie bym pomógł, wyjaśnił, jak ważną rolę pełni na tej płycie ludzki głos, ale brak mi słów, więc zaczynam jeszcze raz: えがお の びっと. "De profundis clamavi ad te, Puella". Spokojnie, noblesse oblige", mieliśmy być poważni. Masz to jak na dłoni, z ręką na sercu, spojrzeniem wbitym w chodnik – Run The Road post-industrialnego nu-ambientu. Warto jednak zaznaczyć, że spłycanie Mono No Aware do roli kompilacji z ambientem to nieporozumienie. Rzucająca się w uszy synergia tracków wcale nie przywraca wiary w składanki, ale tworzy zamiast tego coś na kształt pojebanej, pozbawionej ludzkich słabości suity. Gubimy się w gąszczu municypalnych epifanii ("Huit" Sky H1), apokalipsy GY!BE (druga połowa "Held" Malibu), ranshumanizmu ("Open Invitation" ADR), halucynacji w polskiej wersji ("Second Mistake" Ayya), melancholijnych esemesów ("Justforu"). Przy odrobinie wyobraźni odnajdziemy również "Verti Marte" XXII wieku w postaci utworu Tumora. To zadziwiająco satysfakcjonująca eskapada, której ramy czasowe wydają się unieważniane (M.E.S.H za pomocą akronimu rozwiązuje scjentologiczną tetradę matter-energy-space-time), dzięki czemu całość angażuje od początku do końca i co chwilę przyciąga uwagę za pomocą fantastycznych, oderwanych od rzeczywistości dystrakcji. Nie jest istotne, czy to drone, noise, musique concrète, czy zwyczajny saksofon ("Stretch Deep") – efekt za każdym razem intryguje i dezorientuje, wprowadzając w stan alienacji w kosmosie rodzinnego miasta, wybudowanego przedwczoraj gabinetu luster. "Stop fuckin' lookin' at me!"

Nie zdziwiłbym się, gdyby to był jakiś manifest; symbol czasów, których złożoność najlepiej ukazują składanki z nową elektroniką i płyty z rapem, i w których istotne komunikaty wychwytujemy jedynie między łowami i nad ad-libami. Nie mam pojęcia, o czym to świadczy, ale tak wygląda ten świat, takie właśnie są płyty roku, a ja nadal nie mogę uwierzyć, z jaką znakomitością mam do czynienia. To najbardziej ludzkie ze zdehumanizowanych dzieł ostatnich lat wygrywa na każdym polu ze świetnym Narkopopem, gdyż podejmuje beznadziejnie romantyczne ryzyko utworzenia spójnego-niespójnego zbioru utworów. A że dawno nie słyszałem tak pięknego wycięstwa, które w przypływie dobrego humoru mogę nazwać dźwiękową wieżą Babel budowaną ku czci niewiary w człowieka, to kłaniam się serdecznie! Miłego nieistnienia, bezbolesnego multitaskingu i bezpiecznego rozpadu życzę.

Tomasz Skowyra: Cóż mogę dodać do komentarzy przedmówców? Mono No Aware to rzeczywiście "coś więcej" niż kompilacja various artists z randomowo dobranymi numerami randomowych wykonawców. Jest to również mikro-antologia pielęgnującego w równym stopniu tradycję, jak i patrzącego odważnie w przyszłość ambientu (a może to już nie jest ambient?) "naszych czasów" (cokolwiek to znaczy), która z każdym rokiem będzie sobie dopisywała punkty do "historycznego znaczenia". Ale to przede wszystkim zajmująca i fascynująca podróż po przeróżnych dźwiękowych krainach oraz planetach. Chyba nie mam sensu przejazd po poszczególnych fragmentach kompilacji PAN, bo musiałbym zatrzymywać się właściwie przy każdym z nich, poza tym pozostali redaktorzy elegancko ogarnęli temat, no i jednak zbyt mocno traktuję ten zbiór jako całościowy monolit skomponowany z nienagannym wyczuciem, aby rozkładać go dosłownie na części. Mogę tylko dodać, że biorący udział w projekcie producenci są zabójczo skuteczni w drążeniu emocjonalnych i wrażeniowych obszarów.

Kiedy stawiają na sedatywne impresje, cała błogość utworów przechodzi na mnie natychmiast jak wirusowa choroba; gdy poszukują ukojenia w paranoi, czuję, że gdzieś w głowie zaczynają rodzić się pełne szaleństwa myśli, których się boję; a w momentach przypominających nadawanie z kosmosu, zaczynam odczuwać bliskość z galaktyczną energią. Swoją drogą zaczerpnięty z japońskiej estetyki tytuł Mono No Aware doskonale chwyta w koherentne ramy wypływającą z kompozycji istotę zadumy nad dziwnością życia. W sensie słuchacie sobie tego w spokoju i nagle przechodzi wam przez głowę myśl, że za 5 minut tego wszystkiego, co w tej chwili widzą wasze oczy, już nie będzie. Za 5 minut, 50 czy 500 lat, jaka to różnica? Ale tu urwę wątek i skończę te nudne rozkminy, aby zakończyć: posłuchajcie tej miażdżącej kolekcji i zapomnijcie na chwilę o całej górze innych tegorocznych płyt. Zobaczycie, że to wcale nie będzie takie trudne.

Redakcja Porcys    
5 maja 2017
BIEŻĄCE
Tłusty Piątek: 22 września 2017
Oneothrix Point NeverGood Time