RECENZJE

Różni Wykonawcy
Lost In Translation

2003, Emperor Norton 5.8

Bycie fanatykiem MBV to w dzisiejszej rzeczywistości dość specyficzne uczucie. Widzicie, dla tych najwierniejszych, dziko przywiązanych "sympatyków" (o ile "sympatia" ma zbieżne pole semantyczne z "kultem") historia grupy nigdy się nie skończyła. Problem w tym, że ostatnie wydawnictwo sygnowane trzema idealnymi literkami wyszło trzynaście lat temu. Od tego czasu kontrybucje Shieldsa na publicznej arenie odbywały się sporadycznie. Targany chorobami, nałogiem i pogrążony w permanentnej depresji, Kevin współpracował niby z artystami pokroju Primal Scream, Dot Allison czy Experimental Audio Research, głównie w roli producenta, tudzież "ubarwiacza" dźwiękowej przestrzeni. Zahaczało to jednak o przygarnianie idola raczej, niż rzeczową współpracę. Pochylony w niepowtarzalnej, unikalnej pozie boga, zapatrzony oczywiście w buty, Shields stał zwykle z boku, tam, gdzie nie sięgają już światła reflektorów, drążąc uparcie swoje ścierne ścieżki. Zarośnięty, w okularach, nie pasował zupełnie do widowiskowych aktorów Gillespiego i Mani, lecz w studiu pomógł im przesterować kilka kawałków na swój sposób i wyszły majstersztyki: "Accelerator", "If They Move Kill 'Em" i "Shoot Speed / Kill Light". Bez nich Exterminator byłby tylko świetną płytą. Dla oddanych słuchaczy te fragmenty stanowiły namiastkę brakujących dokonań.

Tymczasem jeszcze do zeszłego tygodnia żadne, literalnie, źródło nie dysponowało konkretnymi informacjami na temat przyszłości raz zawieszonego w limbo zespołu. Jednym z fenomenów MBV jako zjawiska medialnego było zawsze, jak to postrzegałem, wyizolowanie z cyfrowej wszechobecności. Obecnie dowolny wykonawca ma w sieci zapewniony full coverage, do wyboru do koloru: chwilę wcześniej będąc zielonym, można na minutach przeistoczyć się w zdeklarowanego znawcę zagadnienia. Super. Ale przez te lata o MBV było w necie tyle co kot napłakał: ledwie kilka stron, prowadzonych zwykle przez wąską formację znajomych, rozpatrujących poszczególne warstwy tekstur gitar Shieldsa co tydzień na piwie. Wskazówek o losie Kevina dostarczały wywiady. Żadnych oficjalnych newsów. Żadnych zdjęć! Każde nowe zdjęcie jest wydarzeniem, jeśli dawno już przekopałeś zasoby od deski do deski! Niedawno przeglądałem artykuł omawiający scenę shoegazer, gdzie poświęcono MBV osobny rozdział. Obok widniała fotka z sesji 1990, najbardziej pojebanej sesji w dziejach muzyki chyba. Rzut oka na tę czwórkę bohaterów przyprawia o ciarki. Śliczna Bilinda i geniusz Kevin, zakochana para śpiewająca do siebie miłosne listy na tle najbardziej niezwykłych faktur brzmieniowych jakie powstały. I znów, nawet nie wiadomo co śpiewali! Publikacja ich tekstów to była zgadywanka. Więcej trzykropków niż wyrazów, więcej domysłów niż pewności.

Stąd, naturalnie, zawsze było coś magicznego, świętego wokół grupy. Znawcy uśmiechają się porozumiewawczo, gdy pada ta nazwa, tak. Rozbawiło mnie, jak kiedyś Kuba wyjaśniał kumplowi "co to jest Loveless". Powiedział, że "wiesz, niektórzy uważają to za płytę wszechczasów", wzbogacając ten żartobliwy wywód o charakterystyczny grymas sekretu, tajemnicy. Nie da się prawidłowo komentować boskości. Gdyby to było odrobinę gorsze, to może znaleźlibyśmy odpowiednie metafory do deskrypcji. Możemy pomilczeć. Latami próbowałem przyswoić i objąć krystaliczny absolut. Nadaremnie. Spróbujcie zresztą zagrać przy ognisku jednostajne bicie durowego, a potem zmniejszonego durowego akordu. Tknie was dziwne poruszenie. Isn't Anything, owszem, genialne. To pozwala na normalny odbiór, w pełnym zachwycie. Dalej już słuchanie implikuje "wybieranie się na tamten świat". Rozpłynięcie cząstek w galaretowatej substancji nicości. Ekwiwalentem pozostają pliki z rejestracjami koncertowymi tych nagrań. Zgadnijcie: ich liczba jest ograniczona. Kiedyś w jeden wieczór przedarłem się przez wszystkie. Oaaa, a wiecie, że grali to na żywo kompletnie inaczej niż w wersjach studyjnych? Hahaha. Ktokolwiek ma płytę z 1991, rozumie dowcip.

Przy tak znikomej ilości materiałów dotyczących zespołu, każda nowina przyśpiesza bicie serca. Palpitacja zaczęła się pewnego słonecznego lipcowego dnia zeszłego roku, gdy świat (świat muzyki niezależnej, to jest) zaszokowała wiadomość o planowanym powrocie Butcher, Shieldsa i O'Ciosoiga (Googe podziękowała) do studia, w celu ukończenia prac nad pierwotną, pełnowymiarową wersją albumu Glider, przerwanych przez zniecierpliwioną wytwórnię (wtedy jeszcze Creation "panowała" nad Kevinem). Glider ukazał się w 1989 w formie EP-ki. Wkrótce wieść obiegła, że Glider będzie składnikiem szerszej całości: boxa zbierającego mniejsze wydawnictwa i rarytasy. Od paru dni, dzięki (nareszcie) zorganizowanej połączonymi siłami pomniejszych witryn profesjonalnej stronie fanów MBV, wiemy, iż boxy będą aż dwa, plus DVD, a ich edycja planowana na 2005/2006. Ale co z nowymi utworami? Jasne, posiadam składankę You Don't Need Darkness firmy Geographic z 2002, ale tam outro Kevina funkcjonowało ledwie jako remix, wariacje na temat intra. Nagle, jak grom z jasnego nieba: soundtrack do filmu Lost In Translation, CZTERY NOWE UTWORY KEVINA SHIELDSA. Za każde pieniądze! Bo, jak już może zdążyliście się zorientować: KEVIN SHIELDS IS A GOD.

Więc gdy odebrałem CD nad którymś grudniowym rankiem po melanżu u Jędrzeja (to było wtedy chyba, jak straciłem głos), wślizgnąłem się pod ciepły koc i z ociężałą głową, w pół-śnie (najlepsze okoliczności z możliwych) wcisnąłem "play" i przymknąłem oczy. Po krótkim ilustracyjnym wprowadzeniu, sonicznej manipulacji plenerowych odgłosów scen filmowych, zwarte nabicie perkusji zainaugurowało pierwszą oryginalną piosenkę Shieldsa od niepamiętnych lat, "City Girl". Starałem się wsłuchać w każdy drobiazg; wytrenowana, krytyczna część mnie domagała się zdemaskowania wtórności i odcinania kuponów od przeszłości. Sory, jestem za słaby. Co wchłonąłem, to jedna z najprześliczniejszych piosenek roku: doskonała formalnie, perfekcyjna. Inicjalnie podążałem za stopniowym przekształcaniem melodii. Gdy ktoś zna na pamięć uprzednie dzieła kolesia, wyczuwa podskórnie charakterystyczne wodzenie akordów. "City Girl" jest właśnie przykładem swoistej, specyficznej kompozycji shieldsowej. Prosta, repetytywna figura gitarowa zakręca subtelnie, łechtając tym kluczeniem gusta koneserów. Wzór powtarza się cztery razy, póki nie wygaśnie. Co wspaniałe, to jego świeżość. Mógłby z powodzeniem równać się najsłabszym fragmentom Isn't Anything. Trzeba kojarzyć Isn't Anything, żeby załapać doniosłość takiego statement. Powala mnie na ziemię, że to zaledwie jedna piosenka, a pokazuje wciąż dystans dzielący tego człowieka od 95 % innych "gitarowców". Słynnym sennym wokalem nuci "City girl / You're beautiful / I love you / I do / I do / I do" i w tym momencie dziękuję bardzo: wolę słuchać na okrągło tych jego lakonicznych powtórzeń, niż jakiejkolwiek "rockowej rewelacji" z komercyjnych magazynów. Dopiero potem zreflektowałem się, że to opracowanie na samą gitarę i bębny (pomaga zarówno tu, jak i w "Are You Awake?" opiekun artystyczny soundtracka, Brian Reitzell). Lecz gitara Shieldsa... potrafi brzmieć jak kwartet smyczkowy, więc luz.

Pozostałe trzy tracki Kevina odstają głównie na gruncie wyrazistości i skonretyzowania. To bardziej lotne, abstrakcyjne impresje, bez określonych reguł konstrukcyjnych czy progresji. Mogę się tylko domyślać, że podyktowało to ich użycie w danych scenach. "Goodbye" to czysty ambient: przelewająca się, błękitna magma delikatnych sprzężeń, która trwa dwie i pół minuty. "Ikebana" zbudowano już na drobnym motywiku cienkiej gitary, backowanym jaskrawymi, przestrzennymi snopami dźwiękowych światełek. Króciutkie. "Are You Awake?" to rzecz najbardziej "focused", z basem Bryana Millsa i mechanicznymi drumami. Teoretycznie to impersonifikacja beatu Neu! z neo-ambientowymi pejzażami keyboardów na kilku poziomach, jakiej próbowali Primal Scream na Evil Heat. Urywa się niczym szkolna wprawka, suche demo. Ale, hmm... Może i, hmm... Może i jestem przewrażliwiony na punkcie Shieldsa, ale pomijając syntetyczną oprawę (notabene pedantycznie skrupulatną), cóż to za cudny kierunek rozwoju tych harmonii! Oczyma wyobraźni widzę na co ciągle stać tego boga. Cztery utwory z Lost In Translation pokazują jego aktualny potencjał i automatycznie nasuwają pytanie o przyszłość. Sam Shields jest takim bossem, że odpowiada: "Z pewnością będzie kilka nowych płyt. Ale jeśli świat skończy się w ciągu dziesięciu lat, to kto wie". Ahm, wiecie co dla solipsystów oznacza "koniec świata"?

A cały soundtrack ogólnie? Sympatyczny. Reitzell zrozumiał, jak osobowość Shieldsa zdominuje obraz krążka i postanowił nadać mu sznyt pokrewny wizji Mistrza. Dlatego zdarzył się jeden zgrzyt. W tej drzemce, wspominanej wyżej, znienacka dobiegło mnie zmniejszenie durowego chwytu, wspominanego jeszcze wyżej. "Close my eyes", usłyszałem. Nieeee, no kurwa. Rozbudziłem się. Poczułem się nieswojo. Po prostu nie lubię profanacji, wiecie. "Girls" Death In Vegas, z ich bardzo rozsądnej Scorpio Rising, to kopia MBV. "Just Like Honey" Jesus And Mary Chain, czyli opener klasycznego Psychocandy, też pasuje do koncepcji. Kolejne elementy układanki sytuują się trochę dalej. Dwie wspólne miniatury Reitzella i Rogera J. Manninga Jr. to synth-pop i typowa muzyka tła. Przyjemne "Alone In Kyoto" Air ze świeżutkiej Talkie Walkie, balladowy j-pop "Kaze Wo Atsumete" Happy End oraz wyjątkowo serdeczne, stricte popowe, najszybsze tempem, inteligentnie hiciarskie "Too Young" Phoenix uzupełniają bardzo udaną ścieżkę dźwiękową. Teraz przydałoby się sprawdzić, jak ona współgra z obrazem. Między Słowami (polskie tłumaczenie) właśnie wchodzi do naszych kin. W ogóle trochę jestem zakłopotany, szczerze. Ja tu w grudniu nabyłem drogą kupna tę płytkę, dla Kevina Shieldsa, nie? Tylko po to zainteresowałem się Lost In Translation. Raptem okazuje się, że film obsypano nagrodami, jakimiś Złotymi Globami i nawet ma jakieś nominacje do Oscara. Że niby jeden z filmów roku. Wtf? I myślę sobie, że już kupuję bilet na ten film i na niego idę. W środę, tak?

Borys Dejnarowicz    
14 lutego 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja