RECENZJE

Różni Wykonawcy
Let Me Shine for You

2010, Tri Angle 6.0

Perypetie życiowe Lindsay Lohan to jedno z ciekawszych celebryckich zagadnień minionej dekady. Do dziś zagadką pozostaje dla mnie to, w jaki sposób z uroczej, niebanalnej osiemnastolatki LiLo na przestrzeni kilku lat przepoczwarzyła się w żądną koksu rozpuszczoną siksę. I chociaż jej kariera muzyczna skończyła się zanim tak naprawdę się zaczęła, to zwłaszcza debiut piosenkarki doczekał się pewnego uznania pośród fanów teen popu. Speak to album do którego wracam z pewnym sentymentem, bo to jedna z ostatnich pozycji z tych okolic muzycznych, która trzyma w miarę wysoki poziom artystyczny. Rozkminy sercowe ładnej osiemnastki to niekiedy wartość sama w sobie, ale w przypadku tamtej płyty dodatkową okolicznością łagodzącą była różnorodność materiału. Pop-rockowy feeling spod znaku wczesnej Avril często krzyżował się z przytomną produkcją, a singlowe "Rumors" było nieśmiałym krokiem w stronę electropopu, więc jak na tamte czasy działo się sporo. To ciekawe o tyle, że nie można powiedzieć, żeby Lohan otaczała się czołówką mainstreamowych producentów – bliżej im było bardziej do miana solidnych wyrobników. Żeby było śmieszniej, to jeden ze swoich najlepszych kawałków LiLo zawdzięcza nikomu innemu jak samej Kelly Clarkson, która podrzuciła na Speak "Something That I Never Had", uroczo naiwną balladę z przebojowym chorusem. Czar prysł wraz z wydanym równo rok później sofomorem A Little More Personal , który stanowi banalne powielenie najsłabszych patentów z debiutu. I to był grudzień 2005 – niedługo potem Lindsay została przedstawiona kokainie, próbowała rozkręcić swoją karierę aktorską oraz wpadała w kolejne kłopoty.

I to wszystko jest pewnie ciekawe, ale co bardziej przenikliwi czytelnicy zapewne zastanawiają się po co ten cały wstęp. Poza kolejną nieśmiałą próbą zrehabilitowania lubianej przeze mnie celebrytki, postać Lohan ma kolosalne znaczenie w kontekście powstania tego albumu. To właśnie ostatnie poczynania Lindsay (związane między innymi z przymusową odsiadką) zainspirowały Tri Angle Records do nagrania tego przedziwnego mixtape'u. W krótkiej notce informacyjnej czytamy, że to żadna szydera i reinterpretacja kawałków Lohan na modłę witch house'ową to jedynie ciekawe wyzwanie artystyczne i próba dodania otuchy gwieździe. Sam witch house to kolejny z podgatunków muzyki elektronicznej, który wyrasta na naszych oczach i ujęcie tej muzyki w słowa może sprawiać jeszcze pewien problem. Najprościej podejść do tematu w sposób porównawczy – tak jak chillwave stawia na zdjęcia z wakacji i nostalgię, tak witch house'owi bliżej do szamanów skaczących wokół ogniska i ogólnego poczucia niepewności. Muzycznie to niepokojąco ukierunkowane, kopnięte w dupę downtempo, w zależności od artysty z większymi lub mniejszymi pierwiastkami drone'owo-noise'owymi. Tym, co wyróżnia zespoły parające się tym specyficznym graniem, są przede wszystkim przedziwne nazwy, odwołujące się niekiedy do symbolistyki okultystycznej, dziwnych znaczków i tym podobnych. Ciekawostką jest dosyć spory udział kobiet w tworzeniu się sceny witch house'owej – w sporej części projektów odgrywają one niebanalną rolę (być może stąd pierwszy człon nazwy gatunku).

Ta składanka to jednak tylko niewinna ciekawostka, która przy odrobinie szczęścia może przyczynić się do wypłynięcia tego typu grania na szersze wody. Przerobienie naiwnych teen popowych piosenek na mroczne, psychodeliczne klimaty to zabieg intrygujący tym bardziej, że szukanie śladów oryginalnych wersji to zadanie mocno karkołomne. Najczęściej pożyczane są strzępki tekstów, które na tle tych niepokojących podkładów zyskują zupełnie inny kontekst. Świetnie broni się reinterpretacja "Something That I Never Had" w wykonaniu Laurel Halo, która w tej piosence o niespełnionej miłości pamiętnik nastolatki zastępuje ciężkimi antydepresantami. Może i całość tej składanki jest nieco na jedno kopyto, ale bynajmniej nie stanowi to problemu, bo tak interesującego kopyta nie uświadczyłem od dawna. Końcowe wnioski sprowadzają się do tego, że uroczej Lindsay życzę wolności a witch house'owi dalszego rozwoju w ciekawych kierunkach i zrobienia furory przynajmniej na miarę chillwave'u.

Kacper Bartosiak    
12 sierpnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja