RECENZJE
piny Hyperdub

Różni Wykonawcy
Hyperdub 10.1

2014, Hyperdub 7.1

Nie ma co silić się na podniosły ton, faktem jest jednak, że Hyperdub od swojego powstania niezmiennie znajdował się w centrum tego, co akurat działo się w muzyce elektronicznej. Dubstep, wonky, uk funky, purple sound, revival grime’u, footwork – wszystkie te zjawiska albo zaczynały swój żywot poprzez katalog londyńskiej wytwórni, albo znajdowały w nim swój natychmiastowy, odpowiednio przefiltrowany przez charakterystyczną estetykę wyraz. Jeśli nie pod względem ekonomicznych rozmiarów (manager labelu, Marcus Scott, jeszcze do niedawna kierował labelem samodzielnie, z domu), to pod względem swego wpływu Hyperdub bezsprzecznie dołączył do takich tuzów (oczywiście w odpowiedniej, dostosowanej do muzyki elektronicznej skali) jak Ninja Tune, Planet Mu czy Warp, w przeciwieństwie do nich wciąż jednak zachowując coś w rodzaju wspólnego mianownika, do którego sprowadzić można wszystkie wydawnictwa sygnowane literami HDB.

Skoro hołdy zostały złożone, czas przyjrzeć się bliżej temu, co dostajemy w ramach świętowania dziesiątych urodzin labelu. Nie jest to bowiem wcale miejsce właściwe dla rozwlekłych podsumowywań całości zjawiska, jakim jest Hyperdub – 10.1 to dopiero pierwsze z planowanych czterech jubileuszowych wydawnictw. Być może moje pisanie o "wspólnym mianowniku" jest zaledwie sentymentalną pomyłką spowodowaną przez to, iż wciąż w pamięci mam powstałe na diametralnie innym etapie 5 years of Hyperdub oraz fakt, iż 10.1 z założenia skupia się wyłącznie na tanecznej stronie katalogu wytwórni. Ostatecznie sam Kode9, czyli Steven Goodman, mówi, iż czuje, jakby prowadził kilka labeli w jednym. Zostawmy to więc – na bardziej kompleksowe ujęcie przyjdzie jeszcze czas.

A zatem – do czynienia mamy z dwiema płytami, z których pierwsza wypełniona jest utworami nowymi (co nie znaczy, że przygotowanymi specjalnie na tę okazję – duża część z nich została już wydana osobno), druga zaś stanowi klasyczne "greatest hits" z zamykającym całość, posągowym już w zasadzie "Let It Go".

Mocny punkt pierwszej płyty stanowi bez wątpienia reprezentacja Teklife. Dwa lata temu w rekapie napisałem, że juke został wchłonięty, przetworzony i wypluty, mając na myśli ówczesną sytuację brytyjskiej scenę elektronicznej. Rozwój wypadków bardzo szybko okazał się potwornie zawstydzający dla tej tezy, właśnie za sprawą kolektywu z Chicago, a przede wszystkim śp. DJ-a Rashada. To raczej juke, nie idąc na specjalne kompromisy, wziął z wysp, co chciał, Teklife zaś przy okazji rozpoczęło okupację pokaźnej części katalogu najważniejszego brytyjskiego labelu.

Sam Rashad pojawia się tu w dwóch znakomitych kawałkach. Nagrane wraz z Gant-Manem "Acid Life" bierze sobie za oś, jak wskazuje tytuł, chrypiące tekstury basów Rolanda 303 i czyni to ze znacznie lepszym skutkiem niż pochodzące z Double Cup "Acid Bit”. Kolaboracja z DJ-ami Earlem i Taye, "Bombaklot" rozpoczyna się klasyczną, juke’ową analizą wokalnego sampla, szybko dołączają jednak do niej powyginane, dynamicznie ślizgające się partie sugerujących chiptune syntezatorów.

Jakkolwiek wpływy Rashada, jak sądzę, bardzo wyraźnie słychać w kawałkach jego kolegów, można być raczej spokojnym, że mimo faktu, iż kolektyw stracił swą najważniejszą postać (a gatunek kogoś w rodzaju wizjonera), Teklife świetnie poradzi sobie również bez niego. Spinn, Earl, Taso, Heavee a przede wszystkim Taye — wszyscy bez wyjątku dostarczają kapitalne utwory.

Quarta 330, który zniknął z mojego pola widzenia jakiś czas temu i którego kojarzyłem głównie z 8-bitowych remiksów, świetnych zresztą, pojawia się tu w dość zaskakującym, quasi-drum’n’bassowym, dynamicznym, "Hanabi", gdzie chiptune zostaje ledwie muśnięty. To prawdopodobnie najlepszy utwór pierwszej płyty. Zerkając na SoundCloud Quarty zorientowałem się jednak, że zaskoczenie brzmieniem jest wyłącznie kwestią mojej niekompetencji, gdyż gra on tak już od pewnego czasu. Warto tu zatem, czyniąc dygresję, odesłać do tych przeoczonych przeze mnie nagrań, gdyż w niektórych bitach zahacza nawet o tereny bliskie Nakaty i brzmi to już zupełnie fascynująco.

Inną perłą jest utwór Kyle’a Halla, reprezentanta Detroit i autora świetnego Boat Party, który z kawałka na kawałek serwuje diametralnie różne rzeczy. "Girl U So Strong" to dla odmiany kaskada modulujących bębnów, poprzetykana urywkami wokalnych sampli, eterycznymi arpeggiami i funkowymi wynurzeniami na syntezatorze.

Zawodzi niestety nowy utwór Kuedo, którego wypatrywałem z wielką nadzieją. Choć nie przypuszczam by był nim w istocie, "Mtzpn" brzmi jak odrzut z Severant, w dodatku z tych, które na swój los zupełnie zasłużyły. Kawałek Mali brzmi idealnie tak, jak wyobrażacie sobie, że może brzmieć kawałek Mali. "Chasing A Beast", czyli kolejna kolaboracja Kode9 ze Spaceapem, choć zrobiona bardzo sprawnie, wypada dość blado przy nagranym przez ten sam duet "Am I", umieszczonym na drugim krążku. Podobnie remiks "Xingfu Lu" autorstwa Helixa nie umywa się do oryginału Goodmana zawartego tamże, choć trzeba przyznać , że jest znacznie przyjaźniejszy parkietom.

W ten sposób dochodzimy do drugiego albumu, na którym rzeczy nie poszły źle, ponieważ zwyczajnie nie mogły. To przegląd, w którym nie ma słabych punktów, oprócz może "Hurricane Riddim" FunkyStepz do którego nigdy nie mogłem się przekonać. Jest za to genialne "Idiot" Ikoniki, "Hookid" Morgana Zarate czy "Wind It Up" Pritcharda i cała reszta przebojów. Są tu hity lata, zimy, jak również okolic. Terror Danjah pojawia się dwukrotnie, jest też rzecz jasna "Natty" DVA. Załapał się nawet Burial wraz z wyciągniętym z jego debiutu "Spaceape", oczywiście jedynie pro forma, jako flagowy okręt wytwórni (choć w porównaniu do sytuacji sprzed kilku lat w bardzo niewielkim już przecież stopniu) — w tym przypadku taneczność jest bowiem bardzo umowna. Wszystko to zmierza oczywiście do wspomnianego "Let It Go", opus magnum Rashada, które pozostawia słuchacza z poczuciem zamknięcia pewnego etapu i zarazem nowego początku.

W przypadku 10.1 tytuł, jako utrzymany w wybitnie porcysowym formacie, oczywiście świetnie nadawałby się również na specjalną, jubileuszową ocenę. Jak jednak zaznaczyłem na początku, to nie miejsce ani chwila na to — budowanie pomników w tym momencie byłoby raczej utrzymaną w złym stylu tanatopraksją niż odpowiednim uhonorowaniem. Czekam zatem nie tyle nawet na 10.2, 10.3 oraz 10.4, ale raczej na 15.

Marcin Sonnenberg    
29 sierpnia 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja