RECENZJE

Różni Wykonawcy
DFA Compilation #1 & #2

2004, DFA 6.5

Pewnego razu w 2002 smutny pan nazwiskiem James Murphy wypuścił podwójnego winylowego singla, który w krótkim czasie miał wstrząsnąć posadami skostniałych, zakurzonych niezal-salonów, zwiastując nadejście i następnie panowanie tanecznej estetyki wśród wielkometropolijnych hipsterów Ameryki. Równocześnie oba kawałki wyciągały środkowy palec w kierunku tych elitarnych chudych paniczyków w zerówkach na nosie. Strona A mieściła cyniczny anty-hymn "Losing My Edge". Kontra irytującemu riffowi basu, podpartego syntetyzującym, a w miarę obiegów coraz bardziej eklektycznym bitem, gostek pozujący do zdjęć w t-shircie "Future Days" recytował swoją "Mark E. Smith-gone-handsome" manierą prowokacyjne slogany kompromitujące wannabe-snobów, w rodzaju "I was there in 1968, I was there at the first Can show, in Cologne". Potrójny hrabia? Na stronie B baunsował "Beat Connection", stopniowo pogrążający się w odmętach disco stopy, dłubiących własną melodię bębenków i klawiszowych połaci nostalgii, by w pół tracka przerwać to mydlenie siarczystym wejściem skandowania, obwieszczającym o najbardziej przygnębiającej nocy w USA ("Nobody's getting any touch / Everybody thinks that it means too much"). Kolo miał też szybszy tempem, Beck-meets-Soul Coughing numer "Give It Up" oraz przeciętny "Yeah", który niezależnie od mixu identycznie nudzi. W roku bieżącym projekt LCD Soundsystem, jak sygnowano nagrania Murphy'ego, doczekał się w końcu self-titled debiutu, który muszę dopiero pożyczyć od Mike'a i przesłuchać.

Razem z Timem Goldsworthym Murphy firmuje w Nowym Jorku produkcyjną działalność pod szyldem Death From Above. Bogata spuścizna tej pary rozpoczyna się od Rapture. Wpierw latem 2002 panowie zamącili wypasionego singla "House Of Jealous Lovers" (i całe trendy Stany złapały wówczas bakcyla dance-punkowego, fikając w tańcbudach ochoczo). Wymiatały niespecjalnie powszechnie znane uzupełnienia małego krążka. Amerykańskie, czyli klimatem korelująca z "Infatuation" tudzież "Open Up Your Heart", reggae'ująca, pełna nadziei ballada "Silent Morning", i zwłaszcza brytyjskie – kapitalne "Alabama Sunshine", balansujące na granicy dziecinnej pozytywki (refren) i żrącego, osadzonego gitarowo-wrzaskliwego (pisk Jennera!) jadu (zwrotka). Następnie przygotowali z zespołem słynne obecnie Echoes, oferując dodatkowo alternatywną, dubową wersję "Sister Saviour". Ich zasługi dla dzisiejszej pozycji grupy są nieocenione. Bez dalszych eksperymentów DFA Rapture brzmieliby jak na Out Of The Races And Onto The Tracks, czyli surowo, zgrzytliwie i monotonnie. Kwartet przyszedł, zarejestrował scieżki i poszedł wyrywać panny. Wtedy duet nietoperzy upichcił z tego majstersztyk, dodając elektroniczne próbki perkusyjne, całe loopy, keyboardowe smaczki, pogrubione wiosła i, oczywiście, mnóstwo przeszkadzajek, z oklaskami, jembe i legendarnym krowim dzwonkiem na czele. Kiedy mówicie że coś "brzmi jak Rapture", tak naprawdę macie na myśli złote realizatorskie ręce Tima i Jamesa.

Nic więc dziwnego, że ten sznyt "dance-punkowy" rozsławił DFA w świecie, także i za sprawą innych wykonawców, zebranych rok po roku na dwóch częściach (1 CD i 3CD) składaka reklamującego styl labela i w dobie wielkiej adekwatnej mody zyskującego status kultowy. Nieustający bit i hojny, wielowymiarowy background detali aranżacyjnych napędza te utwory. Wśród nich zdarzają się perełki, jak ewokujący dicho a la Tok Tok Vs. Soffy O. electro-sweeper "By The Time I Get To Venus" szykującego się właśnie do pierwszego longplaya Juana MacLean (ciekawostką jest fakt, że fragment "You Can't Have It Both Ways" jego autorstwa zarejestrowano na koncercie w Warszawie w kwietniu 2002) albo symfonia brzęczących garnków "Bellhead" prekursorów minimalistycznego funku Liquid Liquid albo harmoniami przypominający do złudzenia kraftwerkowe "Hall Of Mirrors" "Rise" by Delia Gonzalez & Gavin Russom. Materiał trafiony na mega-imprezkę, szczególnie dysk trzeci, kiedy tune'y zaczynają "walczyć" ze sobą w odsłuchach. Ale DFA to także statyczne, kontrolowanie zdekonstruowane obrazy noise'owe w wykonaniu Black Dice. Podczas eksplorowania na słuchawkach precyzyjnych przekształceń ich standardu "Cone Toaster" lub "Endless Happiness" można się zachwycić atrakcyjną oprawą obu kompilacji. Pod tym względem kolekcje DFA rządzą niepomiernie: kompakty włożono do cienkich kopert z uroczą czcionką, i, rzecz jasna, grafiką wykorzystującą symbol grubego pioruna, a więc godło wytwórni.

Borys Dejnarowicz    
26 kwietnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja