RECENZJE

Różni Wykonawcy
45 Seconds Of

2003, Simballrec 5.1

Niszowy label elektroniczny Simballrec przygotował szalenie intrygującą kompilację. Przyznam się, że o podobnych pomysłach słyszałem dotąd bardzo niewiele. Oto osiemdziesięciu czterech wykonawców z ponad dwudziestu krajów dostarczyło wspólnie równo dziewięćdziesiąt dziewięć próbek swojej regularnej twórczości. Catch polega na tym, że każdy z tych dźwiękowych clipów trwa równo czterdzieści pięć sekund. Równiutko. I teraz połączono tych niemal sto sampli w jedną suitę, trwającą (no, przeliczcie)... tak, tak: siedemdziesiąt cztery minuty i piętnaście sekund. Wydawca był nawet uprzejmy poinformować mnie, niestrudzonego recenzenta, o finalnym zamiarze tej układanki: "There are no fade-ins/outs and no 2-second space between tracks. The result is a continuous collage which leaves the listener guessing where one track ends and the next begins".

Niestety, muszę wtrącić tu od siebie kilka słów narzekania. Owszem, czujemy się wyróżnieni, co podkreślam już po raz drugi, że ktoś na końcu świata troszczy się o mały, biedny serwisik ze stolicy głupiutkiego i upartego państwa z Europy Środkowej. Zaszczyca mnie fakt fizycznego obcowania z prawdziwym promocyjnym egzemplarzem tej płytki, egzemplarzem o numerze 38/200, jak jest tu ręcznie maznięte czarnym długopisem. Spoko, problem w tym, że niezwykle sympatyczni ludzie z Simballrec mają kiepską przegrywarkę, gdyż ta wersja 45 Seconds Of którą pewnego dnia wyciągnąłem ze skrzynki pocztowej zawiera dwusekundowe przerwy między kawałkami. W efekcie co czterdzieści pięć sekund słyszę moment ciszy. I niech mnie diabli, ale rezultatem – dla mnie – nie jest "kolaż pozostawiający słuchacza w niepewności, gdzie jeden numer się kończy i następny zaczyna". Ja wiem, wiem dokładnie, gdzie jest przerwa.

Może to i jednak lepiej. Wprawdzie nie poczułem "przepływu" muzyki, nie zaznałem uczucia nieskończonej rzeki pomysłów. Ale paradoksalnie pomogło mi to. Dzięki wyraźnemu oddzieleniu kolejnych fragmentów łatwiej było mi zrozumieć, co poszczególni artyści chcieli tu osiągnąć. Zobaczyłem, jak bardzo niektórzy z nich pragnęli zaznaczyć swoją obecność w powodzi innych. No bo tak: masz człowieku do dyspozycji trzy czwarte minuty i do widzenia. (Wiem, już powyżej napisałem, że kilku artystów pojawia się podwójnie, ale chodzi mi o samą ideę.) W zagwarantowanych sekundach musisz zawrzeć swój rozpoznawalny styl, ciekawe brzmienia i jeszcze pewnego rodzaju dramaturgię, w sensie: wstęp, rozwinięcie, zakończenie. Czterdzieści pięć sekund! Okazało się to nadzwyczaj ciekawym eksperymentem.

Niektórzy z wybranych (wybierano z ponad pięciuset zapisanych!) do projektu muzyków serwują więc jeden interesujący loop i na tym kończą. Ale są tacy, którzy nie boją się bardziej efektywnych form zagospodarowania tak niewielkiej przestrzeni czasu, proponując mini-mini-mini-konstrukcje, zmieniając klimat co (nie przesadzam) kilka sekund. To trudna sztuka i oczywiście wielu z ambitnych poległo. Ale ogólnie biorąc, składanka robi korzystne wrażenie. Przyczyniła się do tego obecność wielu spośród absolutnie największych współczesnej około-elektronicznej awangardy, by wymienić Jana Jelinka, Dntel, Daedelusa, DJ Spooky, oraz kilkoro uznanych reprezentantów sceny działającej na obrzeżach gatunku, jak Hood, Lali Puna, czy jedna druga legendarnego nowofalowego duetu Sucide, Martin Rev (który zachował się chyba najbardziej nietypowo ze wszystkich, wiele ze swoich sekund poświęcając... ciszy).

I właśnie o "dziełeczkach" tych najbardziej znanych chciałbym pomówić w ramach relacji z zawartości 45 Seconds Of. Moje pierwsze przesłuchanie wyglądało tak właśnie: słuchając, zerkałem na okładkę i czekałem na "chwilę prawdy" tych najpopularniejszych kontrybutorów. (Chajzer do Jelinka: "Janek, to jest twoja Chwila Prawdy".) Najpierw Dntel. Fani Tamborello nie powinni od razu skakać do monitora i zamawiać albumu; Jimmy obszedł się z krótkim formatem dość prozaicznie: dał dwa smutne akordy syntezatora, parę szeleszczących przeszkadzajek i ucinek orkiestry. Nic wielkiego. Idąc po kolei, kawałek Lali Puny jest ósmy i też nie dostarcza wielu przeżyć. Fajny beat, pocięte dwa słowa Valerie, teraz smyki, sample, nucenie Valerie i to już koniec.

Zupełnie inaczej wspomniany Jelinek. Ten mistrz potrafi w ciągu tak krótkiego czasu zapodać motyw, który nie tylko idealnie wpasowałby się stylistycznie w Loop-Finding-Jazz-Records (cieplutka, gęsta konsystencja, absolutnie nie do tańca), ale i łatwo go zapamiętać. To jeden z moich prywatnych faworytów z całego krążka. Hooda możemy zasmakować w dwóch fragmentach. Pierwszy: tak będą brzmieć na następnej płycie, jeśli pójdą na ostre poszukiwanie. Pocięty wokal Adamsa i gitara akustyczna. Drugi jest słabszy, ale bardzo podobny. Recenzowany przez nas w zeszłym roku argentyński duet Languis postawił na klimat: niby nic się nie dzieje, ale jest dziwna hipnoza i przestrzeń. Ktoś kojarzy pannę o nazwisku Mia Doi Todd? Zapamiętajcie wreszcie: to ona śpiewała w "Anywhere Anyone" z arcydzieła Life Is Full Of Possibilities Dntel. Śmieszne, ale tutaj postanowiła zamruczeć identyczną melodię, co "We're not going anywhere", tyle, że inne są aranżacja i słowa ("It takes such a long time to make things happen"). Ale urocze to jest. No i Daedelus. Pojawia się niemal na sam koniec, z numerem 97. Taka sobie gmatwanina bez żadnej myśli przewodniej. Niespecjalne.

Ale sądzę, że prawdziwym celem 45 Seconds Of było danie szansy wypłynięcia – w znakomitym towarzystwie – tym mniej, by nie powiedzieć ledwo znanym. Mogę rzucić garść nazw na chybił trafił – mam tu pod ręką wypis i spory wybór tego. Civyiu Kkliu, Coelacanth, Bit_Rot, albo Un Automne A Lob-Nor. Kojarzycie, prawda? No, to ja też. Jest w tym jednak metoda. Bo z ręką na sercu przyrzekam, iż kilka najlepszych chwil na tej kompilacji należało do Rockin' Pony, Transistor Cricket, czy Night For Us. Chyba właśnie o to chodzi, żebym ich wymienił. Ktoś się zainteresuje, poszuka, znajdzie i może trafi na płytę życia? Nigdy nie wiadomo. Poza tym, 45 Seconds Of jest niezwykle precyzyjną kroniką współczesnej elektroniki, uświadamiającą, że żyjemy w epoce laptopów, microhouse'owej wrażliwości i pietrzącego się rockowego patosu. Heh. I jako taka płyta jest wartościowa, aczkolwiek z powodów przedstawionych powyżej, wyjątkowo ciężko ją wymiernie ocenić.

Borys Dejnarowicz    
12 września 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie