RECENZJE

Royal City
Little Heart's Ease

2004, Three Gut 4.9

Jeśli ktoś zastanawia się z jakim krążkiem zaprzyjaźniłem się w te wakacje najbliżej, prawdopodobnie wymieniłbym solowe dokonanie lidera Royal City, Jima Guthriego, Now, More Than Ever, jedną z bardziej uroczych folkowych płytek napotkanych przeze mnie ostatnimi miesiącami. W tych pięknych okolicznościach przyrody koleś potrafił mnie zauroczyć elegancją i wyczuciem z jakim do delikatnej pieśni spod znaku nieśmiertelnych truwerskich wyczynów Paula Simona wplótł współczesne wątki rocka niezależnego, pławiąc się szczególnie w estetyce wczesnego, jeszcze bezpretensjonalnego emo Death Cab. Urzekają koronkowe aranże: smyki to standardzik, ale mistrzowski wdzięk i ciepło przetkania kompozycji wszelkimi klarnetami, skrzypcami, wiolonczelami, saksofonami i flecikami wywołuje najprzyjemniejsze skojarzenia, z Bryter Lyter na czele. Trafia się też parę szczerze killerskich melodii: "So Small" to wyrafinowany emo-hit najczęściej towarzyszący mi tego lata, natomiast martschowe "Time Is A Force" można spokojnie podarować w prezencie wielbicielom Perfect From Now On, bo nie gorzej radzi sobie w post-spillowym graniu Guthrie niż Gibbard na Something About Airplanes.

Obawiam się, że świeży materiał głównego bandu Jima wypada o wiele mniej atrakcyjnie. Jako solowa postać Guthrie śmiało i z rewelacyjnym skutkiem sięgnął po nieco szerszy niż zazwyczaj krąg inspiracji, by po niecałym roku, zaspokojony, z Royal City rozwiać obawy wszystkich grożących mu palcem tradycjonalistów. Co przez to osiągnął? Udowodnił, że nadal płynie w nim zdrowa porcja czystej folkowej krwi, jednak trudno przypuszczać, żeby tak konserwatywnym wydawnictwem udało się grupie na dłużej przykuć uwagę bardziej otwartego słuchacza. Little Heart's Ease błąka się i wałęsa (Leszek, ja znam) gdzieś po krainie alt-country, z taktem i gracją, ale nie zagospodarowując wyraźnie własnego miejsca w trapiącej współczesnego słuchacza rzeczywistości przerostu fonograficznego, również na tym polu. Ten brak zarysowanej osobowości martwi w kontekście ponadprzeciętnego potencjału głównego songwritera, marnującego kilka całkiem fajnych tune'ów na czterdziestopięciominutowego szaraczka, wypełnionego w dużej części trzeciorzędnym materiałem odpadowym.

Do słabszych punktów należą bezbarwne i schematyczne kołysanki, jak boleśnie sztampowa skarga miłosna "Cabbage Rolls", czy dłużący się w nieskończoność, zalatujący małomiasteczkowym sonetem "My Body Is Numbered". Nie wspominając o dotkliwym obojniactwie intymnego wyznania "O Beauty". To propozycje tylko dla najbardziej zatwardziałych zwolenników staroświeckiego country, smakujące zmęczonemu słuchaczowi jak sucha buła po dwugodzinnym wysiłku fizycznym w dusznej hali. Brzdąkanie "That My Head Were A Spring Of Water" zdaje mi się liche. To, za przeproszeniem, depresyjna piosenka o niczym. Lis wiewiórka dziad. Talent Guthriego i kolegów ujawnia się za to w kilku początkowych fragmentach, kiedy trochę błahej folksterki udaje się mimo wszystko obrócić w coś wyjątkowego i niezwykle przyjemnego.

Odpowiednia realizacja drobnych, sympatycznych wzorków pozwala wyciągnąć głębszy klimacik. Podścielenie wolno drepczącej country'owej pieśni "Bring My Father A Gift" majaczącą, ale podskórnie zmysłową impresyjką fortepianową należy na przykład do całkiem pomysłowych rozwiązań. "She Will Come" świetnie przypomina o springsteenowym "folku drogi", a "Enemy" brzmi jak smutna, romantyczna pieśń osiemnastowiecznego amerykańskiego osadnika gotującego się na podbój "western frontieer". Najbardziej angażują pomykające i przenikające się pasaże gitarowe, świdrujące duety wioseł "Jerusalem", obok "She Will Come" najbardziej dynamicznego fragmentu Little Heart's Ease. Szkoda, że takich kawałków, wyrywających na chwilę z drzemki, jest tu jak na lekarstwo. Całość to amunicja nasenna.

Michał Zagroba    
14 sierpnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie