RECENZJE

Roots
The Tipping Point

2004, Geffen 6.0

W zasadzie gdyby był to album jakiegoś innego składu, można by go pominąć w jakichkolwiek rozważaniach o kondycji współczesnego hip-hopu. Ale po pierwsze to są The Roots, jedna z najbardziej zasłużonych grup w historii czarnej muzyki lat dziewięćdziesiątych, a po drugie ten longplay ma w sobie coś zatrzymującego na dłużej. O tym później. Teraz coś na klasyczny wstęp: o co chodzi? The Roots. Nazwa zazwyczaj kojarzy się z singlem "The Seed 2.0" z ich poprzedniej płyty. Wszyscy pamiętają, myślę. Ale wiecie, Roots to nie tylko Phrenology (skądinąd zajebista i świeża, nagrana z pozycji nestorów "żywego" rapu). To raczej Do You Want More?!!!??! czy Illadelph Halflife. Mistrzowska gra na drumach ?uestlove'a, głównego producenta grupy, rewelacyjne dodatki (szkoda, że tak rzadko) mistrza beatboxu, Rahzela, no i nienaganna technika w parze z ciekawymi tekstami głównego emce, Black Thought. Na zakończenie generalizacji dorobku składu jeszcze jedno info warte podkreślenia: większość kawałków była tworzona przy pomocy żywych instrumentów. Minimum samplingu.

A tu klops (w sensie zaskoczenia), choć nie aż taki duży, jak się wydaje na początku. 2004 przyniósł zmianę metody grania. Pierwszym etapem nagrywania płyty były jam sessions, czyli nic dziwnego. Ale efekt końcowy jest całkiem odmienny od przewidywanego. Uzyskane brzmienie ogólnie zaskakujące (nie wszędzie). O ile dwa pierwsze kawałki nie przynoszą niespodzianki (zwłaszcza opener z wsamplowanym fragmentem "Everybody Is A Star" Sly Stone'a), o tyle singlowy (dlaczego na płycie wygląda on aż tak o niebo lepiej niż w TV?) "Don't Say Nuthin" to już produkcja bardzo "studyjna", z rasowym duetem loop/bit, w którym nie ma mowy o graniu unplugged. A dalej "Guns Are Drown" z tłustą, ciężką stopą. Gibamy główką. Kolejny element to utwór "Web", coś na kształt improwizacji perkusyjnego bitu (w stylu znanym z "Improvise" z EP-ki Jurrasic 5) z wolnostylowym zaangażowaniem rymującego Black Thought. Tu sobie podżemowali. "Duck Down" kojarzy się już wręcz z Timbalandem czy kozackimi produkcjami pod teledyski (tylko po co znowu ten śpiewany refren, do chuja?). Są też dwa "melancholijne" kawałki w stylu niewybrednego weltschmerzu – "Somebody's Gotta Do It" i closer "Why (What's Goin' On?)".

Szybkie podsumowanie: składanie bitów przez ?uestlove’a + Black Thought = czyli byłby fenomen, gdyby nie słaba jak na ich możliwości konstrukcja kawałków i brak ciekawych motywów adekwatnych do talentu. Nihil novi w twórczości The Roots. Ej, ta płyta to nic specjalnego. W tym momencie to zrozumiałem. Ale raz: wokal. Black Thought jest ewidentnie na wyżynach umiejętności, kiedy wygłasza "Sky's the limit so you know I'm gonna rise & shine / I gotta do my thing" czy potem "I can't sleep yo I'm paranoid, it's code orange". No i dwa: feeling. Kurwa feeling. Niby zawiedli, ale ci to nigdy nie nagrają przeciętnego albumu.

Mateusz Jędras    
23 września 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy