RECENZJE
Roman À Clef

Roman À Clef
Abandonware

2015, Infinite Best 7.7

Pierwszy kontakt z side-projectem Ryana Newmyera stanowił dla mnie niemałe zaskoczenie, bo o ile w 2015 roku zdarzało mi się regularnie wracać do Sea And Absent, o tyle już wieści z obozu A Sunny Day In Glasgow nie śledziłem (delikatnie mówiąc) z należytą atencją. Tym samym perspektywa nowego materiału od nowojorskiej części ASDIG okazała się dla mnie tą z kategorii zupełnie niewyczekiwanych. Pomijając aspekt czysto informacyjny, moje zdumienie rozbudzone zostało głównie za sprawą nieco ponad czterominutowego singla, który poza tym, że swoją długością niespecjalnie wpisywał się w standardy charakterystyczne dla tego formatu, obfitował w wyjątkowo satysfakcjonujące momenty (zwłaszcza jak na wzorce wyznaczone przez pop AD 2015). "Abandonware (Josh and Jer)" – bo o tym wałku mowa – z jednej strony zrobił na mnie ogromne wrażenie, z drugiej zaś stał się przyczyną mojej sceptycznej postawy wobec zapowiadanego na czerwiec longplaya – zwyczajnie nie sądziłem, że uda im się utrzymać ten wyśrubowany singlem poziom. Na szczęście mój sceptycyzm nie znalazł odzwierciedlenia w rzeczywistości.

Roman A Clef nie jest znowu takim nowym tworem jak mi się wtedy zdawało, bo sięga korzeniami już roku 2013, kiedy to Ryan Newmyer – na co dzień basista Sunny Day In Glasgow – wpadł na pomysł rejestracji utworów, w których dłubał na boku od jakiegoś czasu (były to kolejno "PSBTV" oraz "Lucky Toast" – oba ostatecznie znalazły też swoje miejsce na płycie). Wpierw skomponowany materiał Amerykanin konsultował z członkami macierzystego bandu: Jen Gomą (także późniejszą wokalistką Roman A Clef) oraz mastermindem ASDIG – Benem Danielsem (to właśnie on zasugerował Ryanowi, by ten zapoznał się z pobocznym projektem Kurta Feldmana, wtedy jeszcze aktywnego perkusisty The Pains Of Being Pure At Heart). Ostatecznie Newmyer wziął sobie tę radę na tyle do serca, że stała się ona zaczątkiem współpracy z Feldmanem, a zarazem ostatecznym etapem krystalizowania się składu Roman A Clef.

Koniec końców jeszcze w 2013 wyżej wymienione utwory zostały zarejestrowane i udostępnione publiczności, jednak mimo wysokiego poziomu, jakim się charakteryzowały, nie doczekały się należytego szumu, co mogło stanowić jedną z przyczyn tego, że na pełnoprawny album poczekać musieliśmy aż do lata 2015 (niesłychane, że i aktualnie sytuacja się powtarza, a brak hype'u wokół tego wydawnictwa jest dla mnie już nie tyle zaskakujący, co zwyczajnie irytujący).

Już na etapie samego zamysłu Roman A Clef miał stanowić swoisty hołd dla lat 80. – czasów dorastania młodego Ryana, któremu oprócz uciech charakterystycznych dla okresu dziecięcego towarzyszyła edukacja rodzicielska w zakresie twórczości Prefab Sprout, Aztec Camera, Cocteau Twins, The Blue Nile, ale też i innych reprezentatywnych dla tej dekady składów – kontakt z twórczością tych artystów uchodził za rzecz powszechną w domu Newmyerów. Wyżej wymienionych tropów nie sposób na Abandonware nie dostrzec, jednak nie trzeba być wyjątkowym bystrzakiem, by przekonać się, że spuścizna Sproutów jest tu najsilniej eksploatowana. Złośliwcy mogliby nawet uznać Roman A Clef za cover band angielskiego składu i muszę uczciwie przyznać, że ich rozumowanie nie byłoby do końca sprzeczne z logiką – zwłaszcza że niektóre fragmenty śmiało dałoby się podciągnąć pod semi-plagiaty Steve McQueen. Na szczęście tych fragmentów nie ma znowu aż tak wiele (raptem kilka), a deficyt "własnego ja" stanowi jedyny sensowny zarzut, jaki udaje mi się wysunąć wobec Abandonware, choć zdaję sobie sprawę, że to pretensja (heh) dość sporego kalibru (dla niektórych wręcz dyskwalifikująca).

Silna inspiracja Prefab Sprout to jedno, ale niekwestionowany kunszt w zakresie podejścia do kompozycyjnej tkanki to już inna para kaloszy, bo jak to luźno, lecz trafnie określił Wojtek, gdyby skład braci McAloon nigdy nie powstał, to Roman A Clef byliby najlepszym bandem świata. Fanpage Substance Only stopniowo publikuje kolejne miejsca rankingu najlepszych songwriterów w dziejach (wraz z ich najważniejszymi dokonaniami) i powiem wam, że po uwzględnieniu jakości samych tracków (a zarazem przymknięciu oka na element tzw. wizjonerstwa – choć naturalnie zdaję sobie sprawę, że pełni on w tym zestawieniu rolę zasadniczą, lecz tu z premedytacją ją umniejszam) materiał autorstwa Newmyera nijak nie odstaje. Na Abandonware NIE MA słabego momentu, żadnego wypełniacza czy niepotrzebnego fragmentu. Poza tym całość wydaje się skrupulatnie przemyślana, włącznie ze świetną – inspirowaną Welt Am Draht Fassbindera – okładką. Zresztą kosmiczny motyw nie ogranicza się jedynie do strony graficznej, a oddziałuje także na warstwę leksykalną: tytuł albumu nawiązuje do klasycznej gry komputerowej UFO: Enemy Unknown (posiadającej obecnie status *abandonware*), którą Ryan umilał sobie czas w momencie mozolnych prac Kurta nad miksem. Jednak co najistotniejsze, album okraszony jest jakością prawie nieosiągalną dla konkurencji.

Zanim przejdę do szczegółów, muszę odnieść się do myśli ogólnej nasuwającej mi się podczas konfrontacji z recenzowanym materiałem: ciężko mi odrzucić wrażenie, że zawartość Abandonware (jak mało która ostatnimi czasy) została jak gdyby skrojona wprost pod gusta definiujące dzisiejszy Porcys. Poptymistyczna optyka (jaka niewątpliwie stanowi punkt styczny redaktorów o często rożnych gatunkowych preferencjach) zrealizowana jest tu w pełni – w uproszczeniu Newmyer stawia na chwytliwe melodie, budowanie kompozycji w oparciu o nieszablonowe układy akordów, zabawę strukturą w ramach piosenkowej formy i położenie silnych akcentów na harmoniczną stronę utworów. Abandonware zawiera wszystkie wyżej wymienione cechy i gdyby nie nazbyt oczywiste inspiracje Sproutami, to końcowa nota byłaby odpowiednio wyższa.

Najjaskrawsze przykłady bardzo dobrego songwritingu to przede wszystkim: "PSBTV", wspomniany już "Abandonware (Josh and Jer)" oraz mój ulubiony fragment – "Bye/Gone". Pierwszy stanowi chyba najbardziej bezpośredni przykład popowego potencjału, jaki zjada ten krążek, i ma refren, który na luzie jest jednym z lepszych w tym roku. Poza tym doznajcie tych akordów i mostka na wysokości 2:30. Drugi numer z tej grupy to wspomniany singiel-zajawka, który rozpierdolił doszczętnie nie tylko mnie (sądząc po reakcjach przynajmniej części redakcji). Serio, jaki to jest absolut, jak tu wszystko zażera: chemia na linii Newmyer-Goma (w ogóle jak jej wokale robią tą płytę), bossostwo Ryana, z jakim wyrzuca on z siebie hook za hookiem, ten końcowy katartyczny przester, jasno przypominający, że mamy do czynienia z częścią ASDIG, no i produkcja Feldmana. "Bye/Gone" należy wyróżnić przede wszystkim za nieszablonową strukturę i chyba najszerszy wachlarz dających się wychwycić inspiracji. Jak na moje ucho kompozycja spokojnie mogłaby wyjść spod ręki Neila Tennanta, a słyszalne są tu też wpływy na przykład wczesnej Madonny – jara mnie zwłaszcza finał z zaakcentowanymi przez Gomę wokalami, stanowiący wyraźny dowód na to, że Ryan znakomicie mógłby poradzić sobie na polu chartsowego popu.

To tylko (moim zdaniem) całościowo najsilniejsze punkty Abandonware, ale SĄ JESZCZE MOMENTY (heh). Refrenu "Lucky Toast" nie radzę słuchać w obecności waszych dziewczyn (ja jestem wobec niego bezsilny), charakterystyczny riff z "Roman Clay" chodzi za mną tygodniami, a przecież mamy tu też wokale Jen na modłę wczesnego Low w "Friends Today" czy znowu świetny chorus, tym razem w "The Prisoner".

No dobrze, żeby była jasność: zdaję sobie sprawę z tego, że wymieniłem niemalże całą tracklistę, że powinienem być bardziej analityczny, a jednocześnie starać się hamować te swoje emocjonalne zapędy, ale zwyczajnie nie mogę, bo serio – jaram się tym albumem jak małe dziecko. Lecz by już nie przedłużać: dla mnie to zdecydowanie najlepszy pop AD 2015, a zarazem moja prywatna płyta roku i póki co nie zapowiada się, by to się miało zmienić.

Marek Lewandowski    
2 lipca 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja