RECENZJE

Roly Porter
Third Law

2016, Tri Angle 6.8

Przyszło nam się spotkać w przedziwnym okresie. Czasie, w którym generyczny ambient przeżywa swoją smutną jesień i bezwolnie kieruje się w otchłań, a prym wiodą osobliwi artyści-modyfikatorzy chętnie wzbogacający swoje pozbawione linii melodycznych systemy o dźwiękowe faktory z inwentarzy koryfeuszy form, takich jak industrial, IDM, czy iście plemienno-barbarzyński noise. Rozsmakowujemy się w gatunkowej plecionce Helma i pozwalających odseparować nagranie od reszty eksperymentalnego motłochu detalach Olympic Mess, na swój sposób gloryfikujemy katharsis Acronyma, czy wreszcie interesuje nas, jak wiele ułomków Throbbing Gristle upakuje w Aurorze Ben Frost. Tendencja do ewaluowania, przekraczania granic i sondowania w obrębie tego, zdawać by się mogło statycznego nurtu, na stałe zagościła już w mainstreamie i z ogromnym powodzeniem "dynamizuje" swoją kategorię. Zastane warunki wydają się więc być perfekcyjnym "sonosystemem" dla bohatera dzisiejszego odcinka. Postaci, która jako producent jawi się zderzeniem dwóch zupełnie różnych osobowości.

Wielu fanów pamięta z pewnością "beatową" twarz Portera. W 2010 roku Roly wraz z Jamie Teasdalem próbowali ukazać najbardziej miejskie i silnie depresyjne oblicze pre-skomercjalizowanego dubstepu. Swatali go z brudnym wyspiarskim grimem oraz postmodernistycznymi patternami. Duet w dobie klubowych przemian spłodził jeden (patrząc z perspektywy czasu) ważny album, po czym przeistoczył się w dwa niezależne byty. Teasdale zmienił Londyn na Berlin i jako Kuedo projektował europejski urban-footwork, podczas gdy autor Third Law wybrał studium nad bezdźwięcznymi strukturami. Ale i tutaj nie dał się łatwo zaszufladkować, i konsekwentnie wplatał w swoje ambientowe figury coraz to odważniejsze wyimki. Z każdym kolejnym solowym wydawnictwem wydłużała się również długość trwania całej kompozycji. Pięć lat majsterkowania przy pokrętłach ukonstytuowało wreszcie uniwersalną poetykę Portera. Poetykę wrażliwego, jak mówi sam o sobie, fantasty, którego bukiet inspiracji zachwyca. Znajdziemy tam bowiem astralne jazzowe jazdy Sun Ra, eklektyczne dyski wystrzelone w kosmos w ramach programu Voyager, godziny muzyki klasycznej oraz elementarne układanki Autechre. I najlepsze jest to, że na Third Law wszystkie te puzzle doskonale słychać.

Przez prawie godzinę obcujemy z kosmogeniczną muzyką ilustracyjną. Gęstą materią zbudowaną w przeważającej części z nieoczywistych rozwiązań dynamicznych. Brytyjski producent nie proponuje słuchaczowi manewrów konwencjonalnych – stopniowych wzrostów i spadków siły dźwięku. Rozległe pasaże przerywa skomasowanym atakiem, erupcją rytmicznych beatów wprowadzonych do kompozycji tak nagle, jak nieoczekiwanie z niej wycofanych. Operuje nakładającymi się na siebie hardware'owymi drone’owymi pasażami wymieszanymi z syntetycznymi liniami instrumentów smyczkowych oraz samplami chóralnego śpiewu i sprawnie spaja je w laboratoryjne melodie, tym samym nadając im "piosenkowego" charakteru. Penetracyjne faktury wzbogacane są testowymi mikroustępami i mikrotrzaszkami w bezpośredni sposób zdradzającymi silne IDM-owe inspiracje. Dzięki takim zabiegom, soundscape’owe Third Law staję się soundtrackiem tak samo adekwatnym do Wielkiego Wybuchu, jak i nutą dramaturgii katastrofy promu Challanger. Momentami Porter faktycznie przypomina Bena Frosta sprzed dwóch lat. Spowodowane jest to zarówno tym, że obaj producenci przeprowadzają zbliżone do siebie operacje na tym samym obiekcie, jak i faktem, iż każdy z panów w swojej twórczości zahaczył o klasyczny film score. Nabyte podczas pracy nad muzyką filmową umiejętności pozwalają im tworzyć dzieła pełne – spójne. Płyty, w których wyraźnie rozróżnić można interludium od podsumowującego zamknięcia (tutaj: quasi-berlińska szkoła muzyki elektronicznej z połowy lat siedemdziesiątych w ostatniej minucie "Known Space"). I o ile Aurora była bardziej efekciarska, przez co trafiła do zdecydowanie większej ilości słuchaczy, o tyle brak komercyjnego sukcesu Brytyjczyka w żadnym wypadku nie można tłumaczyć warsztatowymi niedoskonałościami. Jego ostatnia płyta jest po prostu dziełem nie tak nachalnym. To mimo wszystko ciche, subtelne w swojej brutalności, studium wyobcowania. Cudowna współpraca dwóch osobowości ulokowanych w jednym ciele, których spotkanie powołało do życia, na ten moment, najdojrzalszy i najbarwniejszy portret Portera.

Witold Tyczka    
1 marca 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja