RECENZJE

Rolling Stones
A Bigger Bang

2005, Virgin 5.0

Z perspektywy czasu mogę uznać, iż od samego początku żyję w epoce "Stonesowych reunionów". Pamiętam, jak w 1989 roku mama mówiła mi, niewinnemu szkrabowi: "Patrz, wrócili! Chce im się jeszcze nagrywać!". Płyta nazywała się Steel Wheels, a w radiu i TV grano promujący ją singiel "Mixed Emotions". Mimo sensacyjnie młodego wieku już doskonale wiedziałem o co biega: do kołyski puszczano mi z winyli całą dyskografię zespołu, a jako trzylatek śpiewałem dziarsko "Let's Spend The Night Together", co na jakiejś sfatygowanej kasecie mam jeszcze gdzieś zarejestrowane. Skumajcie komizm sytuacji: na wysokości Steel Wheels de facto rozumiałem że oto legendarna grupa powraca. LOL! I byłem potem świadkiem kolejnych powrotów oraz tras te comebacki promujących. Przed następnym studyjniakiem Voodoo Lounge była koncertówka Flashpoint którą z miłą chęcią kupiliśmy, ale już przy okazji Bridges To Babylon sprawy przybrały w pełni zajebisty obrót i oglądaliśmy sobie z rodzicami Rolki live na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Po skończonym show, gdy ludzie zbierali się pod górę do wyjścia, pewien ostro spity koleś stanął na barierce i – prawdopodobnie w poczuciu odpowiednio doniosłej chwili – skandował wszem i wobec, zdzierając gardło: "Stooooones! Stooooones!". Nie było celniejszego komentarza do sytuacji.

Podobnie właśnie jak moja mama, kocham Stonesów w stopniu, który uniemożliwia mi krytyczne spojrzenie na ich dalsze kroki, a każdą wiadomość o reaktywacji przyjmuję z serdecznym uśmiechem dziecka. Widzicie, zasugeruję taką oto analogię. Przez bogatą dzielnicę idzie grupa sfrustrowanych ulicznych chuliganów z przedmieścia i nie wie co ze sobą zrobić. Nagle jeden z chłopaków bierze kamień i ciska go w okno pobliskiego domu, wybijając szybę. Incydent momentalnie powoduje reakcję reszty towarzystwa i wszyscy zaczynają rzucać kamienie, ALE – gagatek który zaczął rewoltę jest li-de-rem. I później, ilekroć zamieszki się powtarzają, nikt nie patrzy już na to jak często i celnie miota ów lider, on po prostu JEST. Ponieważ to ON w ogóle WPADŁ NA POMYSŁ że można to robić. Że można tak odreagować – jebnąć kamieniem w wypasione domostwo wyzyskujących. Gdyby nie Stonesi, nie byłoby rocka, nie byłoby dziś tak was zachwycającej, ściemnionej "nowej rockowej rewolucji", ale Porcys też by nie było. I nikomu nie przeszkadza, że połowa materiału wydanego przez nich w ciągu 40-letniej kariery ma ten sam, do bólu zjechany bluesujący sznyt. Bo kiedy "Keef", z wiecznie przylepionym do dolnej wargi petem, zasunie rozstrzęsioną dłonią siarczysty riff, a Mick szczeknie do mikrofonu diabelskim timbre, to ogarnia cię poczucie obcowania z encyklopedyczną definicją słowa i nikt, nigdy, nigdzie po prostu nie zrobi(ł) tego lepiej.

Miesiąc temu zagadnął mnie w obcym mieście sympatyk Porcys, który widocznie bardzo chciał zgłębić kulisy moich gustów, bo spytał o 5 ulubionych zespołów życia. "Beatles, Beach Boys, Radiohead, Stonesi...", wyliczałem, ale przerwał mi ze zdziwieniem. "Stonesi, ee? Ja tu słucham Modest Mouse", oświadczył. Ok, spoko kolego, ja też (nie) słucham Modest Mouse. O, a propos. "Streets Of Love", kawałek z A Bigger Bang, zaczyna się akustyczną zagrywką przywołującą intro "Sonnet" Verve, zaś około 0:58... Hm, ten falset Jaggera... Nie brzmi jak Brock trochę? A cały numer to nie pasowałby ze swoją rezygnacją na Good News? Słuchasz Modest Mouse, powiadasz? Więc goście rzucają daleko poza osiedle i potrafią wybić szybę z odległości kilku kilometrów, ale pamiętasz kto WYMYŚLIŁ rzucanie? Puść "Gimme Shelter" i usłyszysz "Optimistic". To magia, człowieku. Jak wytłumaczyć fakt, że W S Z Y S T K I E kobiety uwielbiają "Wild Horses", choć z pozoru to zwykła łzawa ballada jakich wiele? Jak wytłumaczyć "The Last Time" i "Bitter Sweet Symphony"? "Sympathy For The Devil" i "Movin' On Up"? Main Street i Guyville? Wymieniać dalej? Od tego nie ma ucieczki, ziom – oni byli tam przed nami.

A Bigger Bang chyba nie posiada takiego hiciarskiego potencjału, jak Bridges, bo brak tu zawodowo mainstreamowych hooków w stylu "Saint Of Me", "Out Of Control" czy mega-przeboju "Anybody Seen My Baby" (swoją drogą, dopiero niedawno odkryłem, że ta obcięta na krótko laska z clipu to Jolie; serio, doznałem) – może z wyjątkiem wyrazistej gitary "Rain Fall Down" – za to w zamian, co wszyscy podkreślają, w przeciwieństwie do popowej atmosfery poprzednika, album odsyła ku stricte bluesowym źródłom formacji. Co akurat mało mi decyduje, bo jak każde wydawnictwo ery po-klasycznej, post-Exile'owej Stonesów, Bang umyka ocenie – to znowu dzieło facetów, którzy dziejową misję mają już za sobą, nikomu nie muszą niczego udowadniać, a do pomiaru ich znaczenia należy używać specjalnej skali (przykładowo: ich teledysk pójdzie w MTV, ale MTV bez ich roli w popkulturze mogłoby nie być, więc wzmiankowanie tego faktu jest śmieszne, i tak dalej). Lecz jedna rzecz samego mnie zdumiewa – nie sądziłem, że będę czuł aż taki komfort słuchając nowej propozycji Stonesów w epoce zalewu gówniarskich bandów w modnych ciuchach z okładek magazynów. Okazuje się, że zmagania z hajpowanymi przez media retro darlings odbijają mi się mocną irytacją, natomiast ponadgodzinne Bigger Bang koi nerwy. No magia.

Borys Dejnarowicz    
7 listopada 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie