RECENZJE
Róisín Murphy

Róisín Murphy
Hairless Toys

2015, PIAS 7.0

Mamy to. Dokładnie dziesięć lat po Ruby Blue – solowym debiucie – i drugie tyle po pierwszym albumie Moloko, Do You Like My Tight Sweater?. Szmat czasu. Dziś czterdziestodwuletnia mamuśka, Róisín Murphy, ma w sobie więcej seksapilu niż tamta dziewczyna u boku zapomnianego Marka Brydona. Taka moja słabość do niej, tak musiałem zacząć. To nie jest wątek pozamuzyczny. To naturalnie oddziaływanie jej wizerunku na tym krótkim odcinku popkultury, który sobie zagospodarowała i na którym podejmowała przemyślane kroki, rozwijając swoją subtelną wokalistykę i proponując kolejne estetyczne zwroty.

Pierwszym zwrotem po Moloko była współpraca z Matthew Herbertem. Robota tego luminarza ciepłego samplingu ustaliła nowy odbiór Róisín w środowisku fanów alternatywy. Ja przynajmniej odtwarzam tę historię z perspektywy coraz śmielej otwierającego się na pop fana gitarowej muzyki alternatywnej tamtych czasów (TAMTE CZASY). Kombinowanym melodiom znacznie bardziej niż wcześniej towarzyszył zapach awangardy, lekkiego snobizmu i elitarności. Również świadomość własnych możliwości wokalnych i sprawne operowanie głosem uwiodły wszystkich, którzy do dziś (OK, wiem, do przed prawie dwoma miesiącami) ciągle czekali na nowy album. No i Ruby Blue na dobrą sprawę nie było łatwą płytą. Nie było bangerów. Ale słuchacz "ambitny", ten co słuchał Bjork, mógł docenić. Oczywiście bez uogólnień.

Muzyka upbeatowa przyszła na kolejnym albumie. Overpowered to kolejny zwrot. Komercyjny pop na świecie już wszedł do alternatywy, a alternatywa do mainstremu. Wydawało się, że to najlepszy moment na to, by Róisín podbiła świat. Dlaczego tak się nie stało? Okazało się, że po dziś dzień porusza się po wspomnianym odcinku popkultury, doceniona tylko w niszach. Nie siedzi co prawda w undergroundzie, ale o estymie Kylie Minogue czy nawet Lily Allen może tylko pomarzyć. Może, ale pewnie nawet tego nie czyni. Po długich ośmiu latach sporadycznie i nieznacznie przerywanego hiatusu, kiedy nawet mogło się wydawać, że Irlandka nie podejmie się powrotu do biznesu, pojawiło się Hairless Toys. Propozycja nowego, trzeciego nastroju.

Pierwsze wrażenie: wracamy do Ruby Blue. Nie dzieje się to jednak za sprawą Herberta, który nie zamoczył opuszka palca w tej produkcji. Nazwiskiem numer dwa jest tutaj Eddie Stevens. Miał on swój drobny udział powstawaniu Ruby Blue, ale był w pobliżu już od czasów Moloko i przez całą karierę był bardzo ważną postacią na koncertach Róisín. Jak to wszystko odbiło się na zamieszczonych numerach? Tkanka pozbawiona jest temperatury oldskulowych dęciaków i mikroorkiestracji wplatanych przez Herberta, to jasne. Niemniej jest podobnie subtelnie, bit jest mocno wycofany oraz bogaty całą paletą organicznie brzmiących uderzeń perkusyjnych i rozmaitych szczególików. Uwaga skupia się na przebiegu kompozycji.

Jest to też płyta słuchawkowa. Aby dać się uwieść rozpoczynającemu album "Gone Fishing", powinniśmy skupić się na detalach aranżacji. Łapiemy pewność wraz z rozpędzającym się basowym groove'em i przecinającymi go uderzeniami syntezatora w "Evil Eyes". Jest to też najcieplejszy i najbardziej ustrukturyzowany w kierunku klasycznej piosenki song, który w drugiej części przeobraża się w post-prince’owski kosmiczny funk. Następnie mocnym akcentem wjeżdża "Exploitation", ale tylko wjeżdża. Szybko przyjmuje stonowany, lecz wypełniony po brzegi cytacikami z jazzu, funku, micro-house’u charakter. Tutaj też odbywa się uczta dla fanów tyleż umocowanych w tradycji gatunku, co niemodnych już dziś tuzów w rodzaju Herberta z jednej strony i Jelinka czy Ripattiego z drugiej. Ten minimalowy klimat w jeszcze surowszej wersji powraca w "House Of Glass". Najbardziej jakby wyjęty z 2005 i herbertowski jest "Uninvited Guest" – ta rytmika i polilog basu, Rhodesa, chórków i gwizdanek. No przecież. Utwór tytułowy z kolei to przeciwległy, zimny biegun tego, co do tej pory zostało opowiedziane. Odsiewa sitem ciepło i eksponuje cały ten wycofany i niepewny klimat.

Na Hairless Toys znajdziemy też niespodziewane balladowe akcenty. "Exile" to pozornie rozłażące się na boki barowe granie do kotleta. Seksowność głosu Róisín jest jednak zbyt mocnym magnesem. Równie dobrze wyobrażam sobie ten numer w repertuarze Cat Power, w nieco zmienionej, bardziej organicznej aranżacji. Wtedy może uznałbym go za niewyróżniający się w – przecież wcale nie jakimś świetnym – dorobku Amerykanki. Pod ostatnim indeksem czai się kolejny cudak. Przełamujący kompozycję refren "Unputdownable" można zaśpiewać z przyjaciółmi studentami przy ognisku. Taka to ballada na gitarę, że zawyłbym rzewnie pod gwieździstym niebem. Bez ironii.

Jaka w ogóle jest przyszłość Róisín Murphy? Gdy patrzę na nią teraz, widzę osobę, która odnalazła w życiu spokój ducha i prawdziwe szczęście. Ta radość i nieposkromiony talent, który kolejny raz nie zawiódł, prognozują najlepiej. Z drugiej strony to było osiem lat czekania zakończone sentymentalnym wydźwiękiem Hairless Toys, dodatkowo zamkniętego nieco ckliwym numerem. Do głowy przychodzą różne myśli. Może Irlandka znowu da o sobie zapomnieć na wiele lat? A może już nigdy o sobie nie przypomni? A może za dwa lata odkurzy kreacje z trasy po Overpowered i za drugim podejściem wjedzie na autostradę do wielkiej popularności? Słuchałbym, jestem fanem obu wersji Murphy. Tymczasem zajawiam i zajawiam się Hairless Toys, które szczęśliwie dopełniło Roszynowy Tryptyk.

Michał Hantke    
6 lipca 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja