RECENZJE

Roger Waters
Is This The Life We Really Want?

2017, Columbia 4.5

28 sierpnia 2007 –...nia, będzie jeszcze lecieć. Zabierając się z ojcem, który miał wyjątkowo po drodze, jadąc sobie na jakiegoś podrzędnego białostockiego punk-festa, nie byliśmy świadomi, że to nie jest po prostu zwykły samochód, to jest TEN samochód, po brzegi wypełniony remastered/uncut/delux dyskografią Rogera Watersa. Pozostała jeszcze trasa, której bezlitosne trwanie zajmie nam jeszcze jedenaście godzin. Naiwnie myśleliśmy, że może w prosty sposób zwyczajnie pójdziemy na sensowne przedstawienie, aby poczuć ten dryg emocji, jaki czują gwiezdni kadeci. Ale słonko, źle trafiliśmy, nasz punko-polo festiwal źle się poczuł i chyba pozostał w hotelu. Zamiast niego pozostały epopeiczne serca matki, absurdalny w swym lekko kiczowatym klimacie Radio K.A.O.S., wieńczący karierę kultowego głosu trójkowego pokolenia Amused, nawet po dwukrotnym przesłuchaniu większości skompletowanych materiałów przyszedł czas na Final Cut. Oczywiście całość poprzetykana była niekończącymi się wywodami o szczęśliwym dzieciństwie w cieniu komunistycznej dyktatury i dlaczego właściwie: Waters > Gilmour, a wraz z tym wszystkim – z tym podrzędnym kinem drogi – geometrycznie rosło nasze pragnienie nagłej śmierci w płonącym samochodzie i głośne myśli z kuzynem, w jakim przydrożnym lesie zakopiemy go wraz z całą tą uncut/delux/remastered Pink Floyd & Roger Waters Collection.

Chociaż trzeba przyznać, że po takiej dawce skoncentrowanego proga (albo czegokolwiek co trwa dłużej niż trzy minuty), jak masz czternaście lat, lekko upośledzony umysł wypełniony Dezerterem, przy jednoczesnym tańcu na cienkim lodzie adolescencji, to zderzenie z czymś takim, bez możliwości salwowania się ucieczką, wyskakując z pędzącego 80 km/h samochodu było niezwykle skuteczną inicjacją estetycznej rewolucji rozpoczynającej poważniejsze wejście w bardziej analityczne i świadome słuchanie muzyki. Na pytanie: "co cię w niej najbardziej kręci?" nie musisz rzucać trywialnego – emocję, jakie ona daje. Wprawdzie lekcja przeprowadzona była w dość brutalny pomarańczowo-mechaniczny sposób, z punktu widzenia praw dziecka etycznie wątpliwy, ale za to bezdyskusyjnie skuteczny – od tego czasu mija dekada. Ciało się zmieniło, wykształcenie się zmieniło, wrażliwość się zmieniła, a ówcześnie rozpoczęta progowa rewolucja już dawno zastygła przygotowując się do nienasyconego pożarcia własnych dzieci.

26 września 2005Ça Ira wydawała się przesadnie ambitnym projektem podstarzałego rockmana niemogącego poradzić sobie z bezlitosnym przemijaniem i przygasaniem własnego nazwiska w medialnej optyce; człowieka kierowanego obsesyjną myślą, że gdzieś ktoś na świecie retorycznie zapyta o to, co się stało z tą nieznośną siwowłosą Verą ze Stadionu Narodowego. Desperackim poszukiwaniem własnego miejsca, które nada możliwość odpowiedniego ujścia dla własnego rozdmuchanego ego. Ku zaskoczeniu wszystkich, ta programowo wpisana megalomania wraz z tym, że tego typu zjawiska zazwyczaj kończyły się analogiczną do wielkości wpatrzenia w siebie eksperymentalną katastrofą próbującą inkorporować do nowego medium całkowicie niepasujące rockistowskie środki wyrazu, nie skończyła się pretensjonalnym do bólu dziełem (no może trochę), a cały ten opero-musical w duchu Nędzników zwieńczył się w swym kształcie niezwykle konserwatywnym dziełem, które można ostatecznie przypisać jakiemuś średnio utalentowanemu, młodemu, nieznanemu nikomu twórcy niepewnie stawiającemu pierwsze kroki w estradowej karierze. Bo w końcu po finalnym opadnięciu kurtyny nie było oczekiwanej klęski, tym bardziej nie było sukcesu i uznania ze strony marudzącej krytyki, a co najważniejsze: po wszystkim nie pozostał posmak deprecjonującego wstydu padających głosów sugerujących wędrówkę w stronę przerażającej naftalinowej emerytury, kończących całość niecodziennego, ale przewidywalnego zamieszania, popadającego w piętno grzechu przyzwoitej, lekko wymuszonej znośności oraz średnio-dolno-półkowej przeciętności roznoszącej na strzępy wszelkie nadzieje estetycznych kampowców.

30 listopada 1979 – Bardzo zabawny i pouczający fakt. W Wielkiej Brytanii wychodzi The Wall, a pochodzący z płyty singiel "Another Brick In The Wall, Pt. 2" przebojem wbija się na pierwsze miejsce brytyjskiej listy przebojów.

10 listopada 1989 – Po dziesięciu latach od wydania wiadomego albumu upada mur berliński. Nadarza się koniunkturalna możliwość sztucznego przekształcenia pierwotnego znaczenia klasycznego już wtedy dzieła i pokazania światu, że "Pink Floyd to ja". Do historii o alienacji oraz niezrozumieniu muzycznego indywiduum w punktowym świetle sławy na jet setowym narkotycznym szczycie zostaje wtłoczona całkowicie nowa opowieść integralnie wchodząca w ścisłą relację z teraźniejszością. To stworzone w wyniku drastycznego rozłamu pomiędzy korzeniami ugruntowanymi w przećpanych Bramach Świtu (tłum. Wychowany na Porcys), a autoerotycznym, artystycznym i dyktatorskim ego Watersa, wysoce jednostkowe doświadczenie depresji, frustracji, samotności, osobistego poczucia winy w stosunku do bliskich i egzystencjalnej bojaźni przed cyklicznością popełnianych błędów, nagle, w wyniku przypadkowego przełomowego historycznego momentu, staje się uniwersalnym konglomeratem historiozoficznych przeżyć całych podzielonych żelazną kurtyną pokoleń. W Berlinie, z nakładem potężnych środków finansowych i mass-medialnej łaski, wykuwa się pełny nadziei ozdobiony brokatem i przesadnym patosem, muzyczny symbol nowego świata, a wspomagany rockowymi legendami upadek budowanego przez cały czas trwania spektaklu, kartonowego muru, obserwuje cała zjednoczona Europa. Scalony z tym monumentalnym, głęboko osadzonym w stadionowym etosie rytuałem The Wall, po dziesięciu latach od wydania oraz wiążącej się z tym, naturalnej, powolnej agonii, odradza się na nowo przyoblekając się potężną warstwą mitów, legend oraz wyraźnych kulturowych fenomenów o znaczeniu "historycznym", które skupione zostają wokół bałwochwalczego, ikonicznego statusu zespolonego z "Tą" wielką i ostateczną narracją (po dziś dzień nienaruszalny destylat pragnień i złotawo-retrospektywnych wspomnień wspomaganych obscenicznym oblizywaniem warg wszelkich wąsatych wujów, ojców oraz redaktorów).

5 stycznia 2015 – Trwa odcinanie kuponów i nieubłaganie postępujące skarlenie dawnej idei podgryzanej zębem czasu. Upadek oraz nekromantyczna próba ponownego nadania utraconej rangi, a wraz z tym faktem dostosowania się i nacisku na sztucznie wymuszoną aktualność. Podjęcie pozbawionego nadziei co do sukcesu aktu adaptacji materiału do całkowicie nowych warunków. Można byłoby odświeżyć instrumentarium, pobawić się w tekstowego czarodzieja drobno korygując dawne teksty, albo też w skrajniejszym działaniu napisać część drugą (chociaż zazwyczaj z punktu widzenia artystycznego to bardzo niskiego rodzaju zabieg w większości przypadków bazujący na sentymentach i bardzo niskiej wartości artystycznej). Można też nie robić nic, idąc łagodniejszą i mniej inwazyjną ścieżką, wychodząc daleko poza zjawisko nagromadzonego materiału samo w sobie, nadając, tak jak na początku lat dziewięćdziesiątych, nowe znaczenie lub zwyczajnie zawężając, odświeżając bądź rozszerzając wcześniej podejmowane kolejne fenomeny, desperacko poszukując jakichkolwiek współczesnych desygnatów mogących swoją mocą metaforycznej viagry przywrócić chociaż trochę dawnej witalności.

Dla kogo tym razem jest ten powrót? "Jest to opowieść o wszystkich murach, o ceglanym złu, jakie wciąż dzieli ludzi i narody". To opowieść o Palestynie i cierpieniu Palestyńczyków oraz o wielkim murze kładącym się w poprzek ich ambicji o znośnej egzystencji nieunurzanej w trujących oparach nienawiści i groźby rychłej śmierci. The Wall – muzyczny błękitny hełm, pomoc dla Etiopii, Kulczyk Foundation, Cugowski w "Pokonamy Fale", cokolwiek, co od skończenia szóstego roku życia zrobił Bono.

Tak więc podstarzały album w toku swojej kulturowej działalności stawał się wszystkim i niczym, coraz bardziej starając się zasięgiem swojego rozciąganego siłą znaczenia opleść nieprzerwanie prący ku przyszłości świat. Był tam, gdzie zdawał się w danej chwili dla Watersa potrzebny – Europa, Ameryki przez Australię do Afryki. I chociaż wierzę w jego nieskazitelną dziewiczą czystość, w jego patetyczną egzystencję dorosłego, dzikiego dziecka zamkniętego w szczelnej bańce niepoprawnego idealizmu, w szczerość jego słów jako słów brzmiących muzyką rozkrzyczanego zelota poświęcającego własną krew dla świętej sprawy: nieważne jak bardzo byłaby ona wydumana bądź naiwna – Waters w każdym nowym stadionowym wydaniu, z dobijanym podkutym butem znaczeniem, kwadratowym klockiem wciskanym w trójkątny otwór, izolacją jako demonicznym słowem-kluczem otwierającym każde drzwi zrozumienia społecznych problemów – ze wszech miar starał się wraz ze swym niezwykle osobistym dziełem życia wpasować się we wpływowe polityczne salony, w poszukiwaniu tej słodkiej akceptacji, jak zmiennocieplny kameleon adaptujący się do nowych problemów przed jakimi staje kulturowo rozproszona ludzkość. Pragnąc, aby stać się aktualnym, pragnąc być TU i TERAZ, być krytycznym sumieniem teraźniejszego świata – ostatecznie w swoim formalnym stadionowym anachronizmie ponosząc klęskę – nie trafiając w swym wyrazie nigdzie z wyłączeniem przeżywających swoisty renesans, żerujących na zdrowej tkance społeczeństwa, ukrytych pokładów sentymentów za wyidealizowanym umarłym starym światem, integralnie zmieszanym w wielkiej i fałszywej tęsknocie za czymś wielkim, bezpiecznym oraz czymś doskonale znanym.

Ale wciąż i wciąż, cyklicznie, podejmowana próba trwała i trwała, wciąż i wciąż na nowo, w charytatywnej loterii, padając swoją tematyką na kolejne regiony i rejony, a ta wcześniej zaznaczona Palestyna... Bez uciekania się do eufemizmów: świat miał Palestynę głęboko w dupie, chcąc posłuchać wysłużonych starych klasyków.

5 stycznia 2017Yorke też ją ma, co bardzo wyraźnie obrazuje ścieranie się dwóch jaskrawych pokoleniowych symboli reprezentujących różnicę światopoglądową skoncentrowaną w pierwszej linii wokół patologicznej ambiwalencji narybia z punktu widzenia starej gwardii. Spod spodu medialnej, pitchforkowo-informacyjnej akwareli wylewa się ukryty motyw niezmiennych od prapoczątków, pokoleniowych konfliktów. Niekończącego się, niemal Heglowskiego ścierania się zasłużonej dla sprawy geriatrii z pozbawionym doświadczenia witalnym rozkwitem – nieakceptowalnego przez drugą stronę podejścia i przemożnego wpływu zeitgeistu na ludzi wychowanych na prasie i klasycznych kilkunasto-złotówkowych fizykalnych wydaniach sprzed ery Kid A, tak mocno różniących się od tych współczesnych post-Kid A dzieciakach – zdystansowanych, przeżartych platformami streamingowymi, portalami muzycznymi i małym szacunkiem do zastygłej instytucji wielkiego "kanonu", a tym bardziej do politycznego zaangażowania i pracy u podstaw polegającej na stawianiu w szale płonących barykad na pustych miejskich ulicach.

??? – "Stary... Waters to taki w sumie Wałęsa świata muzycznego", cytując barową analizę dobrego kumpla. Roger jest fascynującym klinicznym przypadkiem artysty obsesyjnie skupionego na samym sobie, ale w ten bardziej godny szacunku sposób – nieuświadomiony, stojący w przeciwieństwie do wymuszenie instagramowo-autokreacyjnego – Waters to podręcznikowe życie człowieka pozbawionego bardziej samokrytycznego, analitycznego wglądu do własnej świadomości, dorwanego do mikrofonu w scenicznej grze nienegującego i niefiltrującego swoich wynurzeń przez pryzmat wrażliwości potencjalnego odbiorcy. Co paradoksalnie skutkuje niezależnym i silniejszym od siebie, tytanicznym popędem i niezaspokojoną ambicją do tego, aby siłą wepchnąć swoją pamięć, zdarzenia, indywidualne postrzeganie świata, na piedestał czegoś, o czym warto mówić, na czym warto skupiać swoją refleksje.

Może zbyt uszczypliwie, ale pamiętajcie, że ten przywoływany obraz wciąż tworzony jest ze sporą dozą nieskrępowanej czułości do jego groteskowej postaci: siwowłosego mesjasza, który ze skalistych progresywnych gór własnego ego zstąpił do swych pociech – skrajnie osobisty, miejscami trochę płytki, ale za to zahaczając niemal o przesadę w bezpośredniej szczerości i autentyczności – nawet jeśli jest ona okupiona tym, że miejscami wylewny strumień zmienia się w splot banałów. Emocjonalnie ekshibicjonistyczny, ale w przeciwieństwie do tych arcyludzkich muzycznych głosów wykrystalizowanych przykładem w A Crow Looked At Me, skrajnie niebliski oraz wyalienowany od słuchacza – od słodkiego egzystencjalnego uniwersalizmu odnajdywanego w wysoce prywatnych przeżyciach kogoś jednocześnie obcego i bliskiego, w którego słowach i muzyce mimo wszystko słuchacz może odnajdywać trafną i wyartykułowaną emocjonalną analogię do aktualnej osobistej kondycji, do swego aktualnego stanu. Waters dla kontrastu to podręcznikowy przykład rozwydrzonego dziecka w przyblokowej piaskownicy, z przesadną energią musztrującego każdego wchodzącego na jego personalny teren i dyktatorsko ustalając, bez empatycznej konsultacji z pozostałymi, na jakich zasadach się tutaj bawimy. Jest lekko naiwny, jak wcześniej nakreśliłem: nieuleczalnie idealistyczny i tak jak większość plastikowych, mdłych oraz przesadnie miłych w swoim obyciu celebrytów, wskazujący na silne tendencje do aktywizmu względem ogólnikowych spraw Trzeciego Świata, przez co wspólnie ze swoimi bombastycznymi albumami staje się na swój Wilde'owski sposób "urokliwy".

Dobra, przyznawać się, kto aż tak głęboko ma umieszczony kij korygujący, że nie grzeją go tego typu szaleńcy pop-kultury. Bezwstydne bucowate dranie pozbawione namiastki jakiejkolwiek wymuszonej przez społeczeństwo skromności? Ja przepraszam, ale zdecydowanie i głośno będę obstawać za tym, że w tym, co interesującego mają dane postacie do powiedzenia o współczesnym świecie (w szczególności całą swoją życiową działalnością, wciągając wszystko to, co poza-słownie z sobą reprezentują) z pełną powagą będę twierdził, że pod względem edukacyjnym, tego, co można z nich korzystnego wyciągnąć dla przyszłych pokoleń, to właśnie Kanye będzie w swojej doskonałości tkwił daleko przed Gandhim (przepraszam panie i panowie, ale chyba nie muszę nikomu udowadniać, że: Life Of Pablo > Wolne Indie); i to właśnie ten pierwszy, dla nas wszystkich, staje się dużo intensywniej inspirującą figurą – chociaż uściślając – w większym stopniu materiałem badawczym, najlepiej ubranym papierkiem lakmusowym w show-biznesie, miernikiem stanu współczesnego medialnego społeczeństwa.

W takim bardziej silącym się na powagę dyskursie: Kanye to jeden z pierwszych ludzi na świecie, z których znak wymazał człowieczeństwo przeistaczając go w pozbawioną woli kukłę, w którą wtłoczono sumę jego sztucznych medialnych obrazów wzorem klasyki filmów fantastyki naukowej o sztucznej inteligencji przejmującej świat tym razem za pomocą siły symbolu. Roger wciąż, ale trochę na innych zasadach – w końcu nie te lata, nie te media, nie ten świat – jest kawałkiem tego megalomańskiego tortu z gorzkim ciężarem całego post-Wallowskiego życia, zmuszonym tkwić w epicentrum nienasyconego apetytu na bycie w centrum uwagi mierząc się z padającym na niego cieniem jednego z najważniejszych zespołów popkultury. Samotność w ciemnościach własnej rozdzielającej go od świata upadającej legendy i egotyczne mierzenie się z przeszłością (potrzebny przypis, proszę bardzo: cały The Wall). To musi być frustrujące, aby przez blisko 40 lat jeździć po świecie, budując sobie te kartonowe mury, coraz większe i potężniejsze, coraz mocniej opadając w status bycia częścią odchodzącej w niepamięć przeszłości, z którą, oprócz paru archiwistów, mało kto się na poważnie liczy. Pchając sobie ku górze ten absurdalny głaz, stawiając nieprzerwanie wszystkie mury, spędzając noce w przydrożnych motelach, w niekończących się trasach koncertowych. Mury, mury, mury, od kładzenia mam zakwasy… Mury – czy z punktu widzenia słuchacza i jego muzycznych oczekiwań pozostał tam ktoś jeszcze za nim, czy jest ktoś tam za tym murem, czy wciąż jest tam człowiek a wraz z nim, czy jest tam coś wartościowego? Czy jest tam ktoś?

8 listopada 2016 (poważna rekonstrukcja Super Expressu) – Roger w podrzędnym motelu z tlącym się papierosem w dłoni, w obezwładniającej apatii beznamiętnie skacze po kanałach telewizji będąc lekko zamroczony niekończącą się trasą koncertową i opróżnionym do połowy burbonem zmieszanym z prochami. Beztreściowy kolaż ogłuszających dźwięków dochodzący z odbiornika odbija się głośnym echem od milczących ścian samotnego i anonimowego pokoju zagubionego w bezkształtnym, amerykańskim motelowym uniwersum. Ku zaskoczeniu wszystkich, po szeregu kontrowersyjnych wypowiedzi, do władzy dochodzi Donald Trump. Znany muzyk z początku nie orientuje się w tym, co właściwie zaszło na ekranie jego tele… WATERS TKWIĄCY W NIEOPISYWALNEJ EKSTAZIE OSTATECZNIE EKSPLODUJE!!!

THE END

2 czerwca 2017 – Nie, jednak nie. Nie wiem, czy to wina głębinowego szoku wywołanego absurdem rzeczywistości tak mocno zlewającej się z dotychczasowym artystycznym doświadczeniem, ale pomimo zagrożenia, że wielkość potencjalnie budowanego przez Trumpa muru może w skrajniejszej wersji zbliżyć się gabarytowo do tego zbudowanego przez Watersa na Warszawskim Stadionie Narodowym, o dziwo nie inspiruje muzyka do stworzenia kolejnej nabożnej i jeszcze większej inkarnacji ceglanego albumu, zaś w wyimaginowanej przeze mnie rzeczywistości, pomimo tego, że idea tego albumu (natłok nagłych skumulowanych wrażeń) powoduję, że po niemal 25 latach milczenia od ostatniego "późno-semi-floydowskiego" materiału, premierę ma całkowicie nowe dzieło.

Kilkanaście minut późniejIs This The Life We Really Want? – można było bardziej generycznie oraz bezpłciowo? Ważne pytania, ważne odpowiedzi, dojście do kresu ostateczności, mówiąc wiele, jednocześnie właściwie o niczym – nie mówiąc nic, będąc pogrzebanym pod zwęglonym stosem beztreściowych ogólników. Liryczna esencja nawiedzającej neo-zemsty wczesnych lat 70. ukonstytuowanej w hiper-albumach włoskiego, angielskiego czy polskiego proga. To tytularne (świadome użycie tego słowa) zdanie jest krzykiem pełnym moralnego niepokoju o to, że mamy tutaj do czynienia z czymś wielkim, poruszającym, a co najważniejsze, z czymś podważającym w swej totalnej krytyce naszą codzienność: nasze strywializowane przyzwyczajenia oraz wewnętrzne samozadowolenie kosztem precyzyjnego uczciwego wzroku na całą paletę szarości. I można byłoby na cały ten ugruntowany tekstowy etos narzekać, nakrzyczeć, ostatecznie wyśmiać upokarzając przesadzone ambicje. W prosty sposób korzystając z narzędzi wykrystalizowanej i wyartykułowanej tysiące razy argumentacji w najbardziej zbanalizowanej i mocno już wypalonej formie odwołującej się do krytyki śmiertelnych grzechów przebrzmiałej gitarocentrycznej przeszłości, ale nie zrobię w tego w taki sposób. Ten zabieg... walenia w skamieliny z wiadomego radia – chyba nic mniej odkrywczego, bardziej niesprawiedliwego, łaknącego konformistycznego, taniego poklasku na ten moment nie da się publicznie w alternatywnym muzycznym dyskursie rzucić. Dlatego mając jakieś resztki szacunku do siebie, nie będę szedł po najprostszej linii oporu, z napięciem czekając na odwrócenie przypływu. Może nie na ich radykalną i karkołomną rehabilitacje, ale przynajmniej na mniej surowsze względem ich oko – ale to tylko przesadnie mokre sny. To piętno wydaje się zbyt mocno wpisane w cały skoncentrowany wokół zjawiska krajobraz, aby je w ciągu kilku krótkich zdań zmyć.

Oczywiście, stary Waters, pomijając jego młodocianą eksperymentalną przeszłość, ze swoim szaleństwem krążenia gdzieś po kosmicznych rubieżach zatraconego kontaktu z rzeczywistością oraz duszą art-rockowca wierzącego w siłę nie piosenki, ale "konceptu" – płyty jako skończonej zamkniętej całości – nie jest z punktu widzenia tekstów zwykłym przedstawicielem własnej, oddającej przesadny hołd formalizmom, kasty. To nie jest wyrobnik posiadający łagodzącą kartę przetargową w postaci bycia jednym z największych i najważniejszych prekursorów całego niesłusznie współcześnie pogardzanego, niszowego nurtu. Solowy Roger ma swój mocno autorski styl. Klasycznym okiem: mało subtelnej mieszanki niebotycznie rozdmuchanego patosu, nieznajdującej ujścia frustracji, kabotyńskiego monumentalizmu, obsesji na punkcie śmierci ojca spod Anzio oraz sporego stosu z lekka tandetnych bon mottów – czasami trafnych, czasami mniej – o złu wojny, o głodzie, o bezlitosnych przywódcach z Thatcher* na czele. Wszystko to razem wzięte, na tle innych kultowych przedstawicieli gatunku "inteligentnej" onanistycznej rypanki, zmieszane zostaje z namecheckingiem aktualnych politycznych wydarzeń oraz nośnych tragedii, zawsze jasno osadzających akcję późnych płyt w określonym historycznym kontekście nawet niewprawionemu w twórczość odbiorcy, bez ogródek dając do zrozumienia co Watersa, z dokładnością bombardowanej przez drony cywilnej ludności na Bliskim Wschodzie ("The Bravery of Being Out of Range"), w danym dniu wydania albumu najbardziej wkurwiało. Falklandy? Ten człowiek potrafił zbudować całą płytę o tym, że zatopiony brytolski krążownik decyzją wiadomej premier (tu złowieszczy śmiech komiksowego Villaina) zbudują Japończycy, co wieńczy nawet niesugerowaną, tylko waloną wprost wizją odpalenia dla niej i dla innych dyktatorów koncentracyjnych piecyków do dźwięków wzruszających orkiestracji ("Fletcher").

Cóż, mając to wszystko na uwadze, jedno trzeba mu przyznać – "nie kłopocze się w tańcu", a od czasów odcięcia się od psychodelicznych fundamentów, im bardziej wkurzony, tym bardziej w swojej absurdalności staje się dla odbiorcy doskonalszy. I nawet jeśli znajdzie się tutaj ktoś, kto tkwiąc w przesadnej powadze i rasowej czystości własnego gustu zacznie obruszać się na ten jego romantyczny temperament zaangażowanego stadionowego artysty z mocno kaznodziejskimi aspiracjami – to po prostu nie może powiedzieć "nie" magicznemu urokowi przesadnie egzaltowanej wizji przepitych bezrobotnych stoczniowców pytających o to "Gdzie podziały się nasze powojenne marzenia?". Przesada, brak subtelności, popadająca w autoparodię koturnowość – można na to wszystko kręcić nosem, niesprawiedliwie umniejszając całości, biorąc mocno poprawkę na zmiany współczesnej społecznej wrażliwości i panicznego strachu przed byciem zbyt serio, ale cały ten konglomerat potencjalnych wad, na swój sposób staje się wspaniały i pociągający na kilku płaszczyznach.

Bo można bić jak cepem siłą estetycznych wyroków w tę manieryczną i efekciarską estetykę, albo w te skojarzone z nią konotacje związane ze zideologizowaną postawą – pełną czerwonych dywanów oraz symbolicznej bankietowości Live 8. Ale z drugiej strony, to po pierwsze: ta teatralność i patos tworzonych kolejno rock-oper paradoksalnie stanowi o ich unikalnej sile. Po drugie: pozwólmy od czasu do czasu zaangażowanym mówić w zaangażowany sposób. Trochę wzorem genialnego Fostera Wallaca**, od czasu do czasu pozwólmy sobie na coś bardziej konstruktywnego niż na banalną deprecjonującą, podbudowaną krytycyzmem ironię oraz bycie wiecznie zimnokrwiście "cool", dystansując się od wszystkiego murem przyciemnionych okularów nałożonych na oczy.

15 Września 2017 – No dobra, jeszcze recenzja – proszę o ciszę, proszę na salę wprowadzić robaczy sąd.

4 czerwca 2017 – Powtórka z historii i ta przeklęta cykliczność. Tak jak w poruszanej wcześniej Ça Irze, zanim padł pierwszy odsłuch, zabrzmiały wokół niego mylne oczekiwania, które zwieńczyły się iluzorycznym pozytywnym zaskoczeniem. Jeszcze wtedy ten początek zdawał się wizją dobrego i, co najważniejsze, świeżego albumu, a nie jak później się okazało – sygnałem sugerującym słuchaczowi ewakuacje sprzed odbiornika do pobliskiego barku. Zamiast stereotypowego, stadionowego formalizmu odwzorowującego trzęsącą się w posadach ziemie schyłku cywilizacji i rządów prymitywnego motłochu – skromna akustyczna ballada tekstowo ewokująca stary Watersowski boski resentyment. "What God's Want" z Amused – wymieszany z subtelnymi orkiestracjami i pobocznymi dublującymi Watersa żeńskimi wokalami, które ciągną w górę ten w gruncie nieciekawy kawałek, wchodząc ze sporą dozą szczęścia w granice sensowności oraz przyjemnego brania się za odsłuch. Później już nie pamiętam, bo zapomniałem, bo zasypiam przebudzony na sekundę sentymentalną powtórką z Animalsowych owiec jasno zaznaczających jeszcze nieuświadomionemu słuchaczowi, że pozostały materiał w sporym stopniu będzie zbiorem muzycznych autocytatów wykastrowanych za pomocą tępego produkcyjnego narzędzia z jakichkolwiek śladów autonomicznego charakteru.

Wszystko, co staje się najbardziej nieatrakcyjne wychodzi na wierzch w tej krótkiej początkowej przebieżce – chcieliśmy ekstremy, a jest konserwa. Jest także zbiór w większości generycznych bezkształtnych utworów, których klątwa na wpół zostaje przerwana dopiero tytułowym kawałkiem wytrącającym z marazmu nieskoncentrowanego pochłaniania dźwiękowego szumu. A ten powstały szum, tym bardziej dziwi swoją konsystencją, gdy uświadomimy sobie fakt, że w kontrowersyjnym castingowym wyborze do projektu zaciągnięto Nigela Godricha – człowieka, który (jakby zdarzyło się komuś nie wiedzieć) w jakimś tam stopniu stał się odpowiedzialny za sukces najważniejszych Radioheadowych albumów – i to właśnie w tym działaniu oczekiwano tego reformatorskiego ruchu mającego nadać znamion przyswajalności starej Watersowskiej postaci wraz z przystosowaniem go do nowych niekorzystnych dla jego muzycznych korzeni warunków. Asystentura mająca uratować starą gwiazdę z niedoli zachłannych macek postępującego archaizmu, paradoksalnie poprzez to wymuszone unowocześnienie, Windowsowską aktualizację dawnej postaci (łatająca dziury poprzez zwiększenie liczby crashów na minutę), zwieńczyło się największą przeszkodą na drodze do pełnego sukcesu podjętego projektu – naszpikowaniem Watersa (jego nad-aktywnych, znerwicowanych podrygów i jego muzyki) końską dawką uspokajających psychotropów – kończąc całość silnym otępieniem i wymazaniem wszelkiej potencji i tej dawnej Watersowskiej destrukcyjnej, niszczycielskiej witalności.

Bez wyrazu, bez bardziej charakterystycznego pomysłu na siebie. Wszystko staje się obsesyjnie wycyzelowane w taki bezduszny sposób. Bez dziwactw, bez wchodzenia w granicę błędu, bez szumu i niedoskonałości ku ogromnej materiałowej krzywdzie. Tu nawet nie ma tego ukochanego, kanciastego do bólu patosu. Brak tu tych dawnych podbijanych odpowiednim szantażem, przesadnie zmanierowanych emocji – słodko-gorzkich porywów, które wciąż nieudolnie próbują być niby wskrzeszaniem dawnych płyt (wspomniane autocytaty) za pomocą lekko łamiącego się głosu Watersa, ale dość nieskutecznie, czyniąc z Is This The Life We Want to Live nieudolny szkic, zarys, pustą skorupę, w którą pierwotnie Waters miał wtłoczyć swoją nienasyconą Trumpową frustrację, będącą podskórnym kołem zamachowym całego tego zgiełku...

Powtarzam hasło przewodnie w dzisiejszej grze: najlepszy współczesny Waters to Waters komiksowo wkurwiony i zrozpaczony, wystawiony na działanie muzycznej formalnej palety środków daleko przeskakujących rekina, a wraz z jego płetwowatością, przeskakujących jakikolwiek smak oraz logikę w swojej absurdalnej kiczowatości. Tu powinna przyjść ta wyidealizowana wizja, w której przed perfekcyjną sesją nagraniową wsadza się go na kilka godzin do przyciasnej klatki, tłukąc po niej stalowym prętem, ustawicznie częstując paralizatorem, aby po wszystkim wrzucić mu do środka mikrofon, żeby sobie do niego pokrzyczał (oczywiście w tle puszczając na ogromnym projektorze zdjęcia okładek Division Bell, obrazy turystycznej wprawki o Anzio i serie filmów z Thatcher osobiście bombardującą umorusanych górników). Jedynym zadaniem pozostałych zgromadzonych na sali inżynierów byłoby stworzenie odpowiedniej wkładki pod zaistniałą sytuacje w postaci wjazdu do studia nagraniowego całego Chóru Aleksandrowa i zwerbowania jakiegoś typa, który na tle wielokolorowych fajerwerków, łopoczących amerykańskich sztandarów i jazgotu Watersa, rockistowskim kolanowym wślizgiem odwalił quasi Slashową gitarową onanistykę wijąc się jak piskorz swoim spoconym ciałem po podłodze – do tego dolewamy 40 ml Jagermeistera oraz 15 ml likieru kawowego. Całość wstawiamy na pół godziny do rozgrzanej tłoczni.

Ja rozumiem, że Godrich w swoim pięciogwiazdkowym statusie produkcyjnego boga alternatywy chciał tego powyższego obrazu za wszelką cenę uniknąć, ale wraz z tym bezlitośnie zamordowałby jakąkolwiek przyjemność i sensowność istnienia tego albumu. Stworzenie odwróconej o 180 stopni wersji Amused, bez jej skrajnej nieodpowiedniości i kanciastości, poskutkowało bezbarwnością prowadzącą niemal do asłuchalności w swojej nudzie ("The Last Refugee"), czyniąc z całego Watersowskiego wysiłku niepotrzebną i niestety bardzo smutną farsę, ponownie nieudanie dostosowując jego zahamowaną na latach 90. unikalną wrażliwość. Ech… najbardziej bolesne jest to, że Watersowi nawet na chwilę nie pozwolono być kiczowatym w swoim najjaskrawszym przykładzie (albo sam tak zdecydował, co dziwnie łączy się z jego immanentnym monstrualnym ego). Chociaż trzeba mu uczciwie posłodzić, że pomimo wszystkiego, łącznie z ciążącym wiekiem na karku, wciąż radzi sobie wokalnie. Ostatecznie nie warto. Pomimo tak wspaniałych i magicznych momentów, jak wieńcząca całość mini-suitowa trylogia z "Wait For Her" na czele – wielki zawód oraz złamane na zawsze serduszko starego progowca (dawne grzechy, nie oceniać, do dzisiaj pokutuje) i jeszcze starszego psychofana Watersa.

Dobra: poprawka ostatniego akapitu: Is This The Life We Want to Live popada w grzech lekko wymuszonej znośności oraz średnio-dolno-półkowej przeciętności roznoszącej na strzępy wszelkie nadzieje estetycznych kampowców.

25 stycznia 2012 – Rewolucja zjada własne dzieci – Ta niezaprzeczalna wyjątkowość progrockowych bogów zatruwających estetyczną wrażliwość wraz z każdą kolejną poznawaną płytą musiała w końcu upaść. A upadając długimi latami, te chaotycznie odpadające cegły, zaczęły odsłaniać nowe ukryte za ścianą przesadnego formalizmu obrazy. Chodzące tuż za nią "samotne albo w parach postacie" – krautrockowego narkotycznego szaleństwa, Morrisseyowskich wynurzeń czy rodzącego się powoli, trochę zabawnego, kultu Radioheadowskiej absolutności. W końcu wspólnie, w swojej jakościowej wyższości, musiały podważyć stare autorytety. To miał być materiał podsumowujący całą tę przemianę, bo z perspektywy osobistej – Watersowskiego dozgonnego dłużnika – nie tylko dla mnie stał się on ważną, fundamentalną dla całego tego mówienia o muzyce figurą, od której absolutnie wszystko się zaczęło i bez której wymienione powyżej albumy w większości wciąż byłyby nieznane.

Miało być na odwrót. Historia o zmierzchu bogów, brutalna kontra w stosunku do spopielającej się na oczach przeszłości, rewolucja i Bakuninowski nowy świat. Lekko bezsensowny akt odbrązowieniu czegoś, co już całkowicie zostało odbrązowione. Miało być polemicznie, gdzie jasno zostałby nakreślony utarty, uschematyzowany pokoleniowy zgrzyt. Miały być historię o wielkich przemianach, o nieodwracalnie przekalibrowanym rdzeniu nowego buntowniczego miotu. Miało być o nowej wrażliwości, o nowym pokoleniu, o tym, że niemożliwe staje się to chodzenie po utartych śladach ojcowskich, romantyzujących opowieści (wspólne siadanie z winem w milczeniu przy gramofonie i "doznawanie" przy solówkach Gilmoura). Opowieści, które nawet w przypadku zastąpienia wina Klefedronem, a gramofon nowym Flying Lotusem, stają się w dzisiejszej perspektywie czymś tak mocno surrealistycznym i nieodpowiednim. Czy ja, wiedziony całym dzisiejszym zeitgeistem, mogę w tej konfiguracji wyobrazić siebie, bez dojmującego odczucia wstydu, czy potrafię wywołać w wyobrażeniach realny obraz kogoś, kto w tym właśnie momencie kierowany głębinowym sarkazmem wchodząc z buta wprost w dojrzałość, w ten sam sposób będzie w stanie wspólnie z kolegami odtworzyć tę opowieść?

Ale ambitne plany musiały zostać porzucone, bo tak sobie przeglądając dad-rockowy eter, to w sumie wyrosły mi z oburzenia bujne wąsy trafiając w przeciwieństwie do poprzednich akapitów na prawdziwą rewolucję, nie żadne podrabiane pseudo rozruchy. Czysty, anarchistyczny rewolucyjny kanibalizm.. Sfrustrowana arystokracja w kolejce gilotynująca siebie samą, z takim bulgotaniem, krzycząca, że hańba, że skandal, że Hey Judge! Shit on him i że tak dalej nie może być, i nie będzie. Elita przepychająca się łokciami do przodu wprost pod stalową żyletkę równocześnie dzierżąc w rękach sznurek uruchamiający cały mechanizm… (i nie chodzi o to, że widzę coś, co na moim dawnym, na serio ulubionym serwisie, ma mniej niż osiem gwiazdek na dziesięć). Moje chłopskie serce ironicznie mogłoby rzucić jakimś zdystansowanym żartem na widok tego, ale Godrich to ostatecznie nasza stajenna mordeczka, to człowiek, który współtworzył OK Computer, więc sam od kilku dni we wspólnym akcie bulgam razem z nimi wydobywającą się z pyska pianą na wszystkie strony. W braterskim akcie, w ścisłym splocie ramion, w euforii, w płynącej dziewiątej symfonii, w prawym-do-lewego rzucanym na weselu, w ostatecznej unii dusz i serc, łącząc się w niespodziewanej jedności podzielonych pokoleń... Ciesząc się tymi wspólnymi chwilami, ciesząc się jak małe dziecko z tej płyty, i z tych wszystkich wspomnień jakie ona ewokuje…

Ech… i kogo ja mam po tym wszystkim tutaj atakować, gdy głosy z dwóch stron zlewają się w jedną sfrustrowaną symfonie. Pozostało tylko zrobić cyklicznie koło z samym początkiem. Bo miał być ból i miała być pokuta za tym, że cały ten pokoleniowy materiał genetyczny poszedł na marne. Że czasami lepiej niektórych rzeczy dziecku nie pokazywać, bo ci bezlitośnie wbije nóż śmiertelny w serce szkalując twoich idoli, i że trzeba było dokonać abordażu, póki jeszcze było można. Dlatego po pierwsze: publicznie na spóźniony dzień ojca dziękuje za wszystko – tutaj łzy wzruszenia – bezczelna prywata, taka upośledzona laurka z oceną trzy skórzane paski na tyłku na pięć. Po drugie, lekcja dla wszystkich na dziś – tylko antynatalizm oraz wyższość PS-a nad Xboxem. A po dwa i pół – krótki lobbing za dobrodziejstwem wazektomii (chociaż w trybie piwnicznym, akcja zbędna). Trzeba w ten sposób zakończyć ten cykl, w tak perfekcyjnej chwili, bo kierowany głębinową hipokryzją, nie chciałbym zaznać momentu, w którym pewnego dnia z dziwnym uśmiechem na twarzy pakując swojego dojrzewającego, irytującego oraz niewdzięcznego bajtla wprost do samochodu. Do TEGO samochodu – po brzegi wypełnionego remastered/uncut/delux dyskografią Thoma Yorke'a – przy absolutnym doznawaniu w okolicach "Let Down", nie usłyszeć za plecami przyciszonego: "ile ta chu...

*W ogóle Maggie to dla Watersa jakaś jeszcze bardziej demoniczna inkarnacja Hitlera, która w laboratorium Brytyjskiego parlamentu złowieszczo zacierając ręce codziennie knuje jakby tym biednym górnikom z osiedli robotniczych jeszcze bardziej dopierdolić, a sam Waters w swojej misji to chyba jest przeklęty i musi jak jakiś Latający Holender tułać się po świecie i potępieńczo pobrzękiwać łańcuchami, dopóki ostatni ślad jego ostatecznej Nemezis nie zniknie z powierzchni angielskiej ziemi.

**Dygresyjny kącik edukacyjny: przeczytajcie jego wspaniały esej o telewizji. To jak ten niewinny temat, który wyjątkowo na tle innych interpretacji zostaje oryginalnie ujęty w pełnym szacunku do tego medium tonie, wbrew typowym głosom krytycznym o ogłupiającej rozrywce, ze skromnej analizy przemienia się w głębokie wejrzenie w najbardziej fundamentalne socjologiczno-psychologiczne mechanizmy kierujące współczesnym społeczeństwem, także tym internetowym. Chociaż tyle z tej megalomańskiej ściany tekstu wynieście.

Michał Kołaczyk    
15 września 2017
BIEŻĄCE
Porcys Składak: Four Tet
Four TetNew Energy