RECENZJE

Robyn
Body Talk Pt. 1

2010, Konichiwa 6.5

Robyn – jedna z najciekawszych działających teraz gwiazd popu, ulubienica niezal młodzieży i krytyków, która odnosi też sukcesy komercyjne, autorka i wykonawczyni jednych z najwspanialszych popowych utworów dwóch poprzednich dekad, królowa królowych pszczół, lwica Judy, feniks z prochów powstały. Tylko niewielka część tych informacji to żarty z intro jej poprzedniego albumu. Nie przesadzę, jeśli powiem, że uwielbiam Robyn. Jej osobowość jest jedną z najbardziej magnetycznych i bezpretensjonalnych na dzisiejszej arenie, jej katalog singli jest nieskazitelny. Ze swoim idealnym połączeniem oryginalnej charyzmy i talentu Robin Miriam Carlsson jest spadkobierczynią Cyndi Lauper. Jej debiut Robyn Is Here z 1997 i uwielbiany przez zachodnich krytyków Robyn sprzed pięciu lat są świetne. Tak jak Annie, druga ukochana przez snobów skandynawska diwa, Szwedka zamilkła na lata po swoim głośnym albumie. Teraz blond elfka wróciła z pierwszą częścią płytowej trylogii planowanej na ten rok.

Trudno rzucić się w ekstazie na Body Talk Pt. 1 bo to jedynie pół godziny muzyki, której dużą część znamy już od dawna z leaków, cyfrowych i niecyfrowych singli. Jednak każdy z tamtych tracków był świetny i miło je tu mieć w jednym miejscu pośród kilku równie dobrych i kilku nie tak dobrych innych piosenek. Jeśli siedzieliście pod kamieniem przez ostatnie miesiące, to (bez sensu, dopiero teraz jest upał) – singlowy front wygląda tak: "Fembot" to kolejna popowa piosenka o robotach, ale słodycz melodii jest nie do odparcia; "Dancehall Queen" (wcześniej "No Hassle") to reggae pastisz od Diplo, który w innych rękach mógł wypaść fatalnie, ale jedzie jak się patrzy dzięki buńczuczno-niepoważnemu urokowi Robyn; "None of Dem" to Röyksopp wyobrażający sobie kawałek M.I.A.; "Dancing On My Own" to kontynuacja wątku porzucenia z klasycznego "Be Mine" skonstruowana na trzęsących ziemią syntezatorowych dźgnięciach.

Reszta płyty satysfakcjonuje połowicznie. Pierwszy utwór, "Don't Fucking Tell Me What To Do" to brutalne electro jak Miss Kittin, które ku naszej uciesze baunsuje z nami, mimo, że pluje krwią. Słodkie "Cry When You Get Older" najbardziej przypomina o perełkach z Robyn. Niestety zamknięcie pierwszego Body Talk rozczarowuje. Eklektyczne popowe harce pierwszych sześciu tracków ustępuje miejsca nieszczęśliwie ustawionym obok siebie rzewnym balladom, a w takiej formie Robyn nie lśniła i nie lśni.

Ten mały album pozostawia u mnie mieszane uczucia. Trudno sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek lubiący Robyn – a jeśli cenisz kreatywny pop i dobre rozkminy, musisz ją lubić – nie zajawiał się większością tych piosenek. Z drugiej strony boję się, że mogliśmy dostać jeden wspaniały album zamiast trzech króciutkich i fajnych. Oczywiście, jeśli takie będą następne części.

Łukasz Konatowicz    
12 czerwca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie