RECENZJE

Rjd2
Deadringer

2002, Def Jux 7.0

Rjd2 tworzy tak zwany instrumentalny hip-hop. W powyższym określeniu akcent kładziemy na pierwszym z dwóch członów: jedyny nie-MC ze stajni Def Jux ma niewiele wspólnego ze zbuntowanymi gangsta-niggas w opuszczonych spodniach, "strzelam metaforami celnie jak Legia strzela gole" (1 Khz). Urodzony w Ohio artysta kojarzy się raczej jako fascynat pieczołowicie przeszukujący półki wypełnione starymi analogami w poszukiwaniu tych kilku krótkich fragmentów pasujących do koncepcji powstającej w jego głowie kompozycji. Hm, skąd my to znamy? Stąd na samym wstępie powiem, że jeśli szukasz Czytelniku nowatorstwa, to rób to nie tu. W każdym segmencie układania samplowego albumu Rjd2 przeszedł się wcześniej wytyczonymi ścieżkami. Tak na dobrą sprawę Deadringer mógłby służyć jako jeden ze wzorów instrumentalnego hip-hopu. Jeśli na kursie z tego przedmiotu Endtroducing byłby tym, czym Poetyka Arystotelesa na kursie z poetyki, to Deadringer odpowiadałby pewnie książkom krytyczno-literackiego piona.

Opowieść Rjd2 rozpoczyna się od pastiszowych horror-dźwięków trąbek, organów wyjętych z konwencjonalnego filmu grozy i wycinków dialogów przypuszczalnie Dr. Frankensteina ze stworzoną przez niego kreaturą. W następnym do głosu dochodzi sam autor, zapowiadający swój debiutancki album. Zabawny początek zwiastuje ciekawą i eklektyczną płytkę. I jak nie trudno się domyślić tak właśnie jest: Deadringer kumuluje w sobie prawie wszystkie elementy samplowanego dzieła, w udany sposób wykorzystuje wielkie możliwości nadarzające się przez wybór stylistyki. Tworzenie niemal wyłącznie z sampli ma to do siebie, ze pozwala czerpać ze wszystkiego, każdego gatunku, każdego nurtu. Wprawdzie po Endtroducing rzadko kończy się to nowatorskimi efektami i wprowadzenie czegoś swojego nie udaje się także Rjd2, ale na tak dobrej płycie całkowity brak oryginalności praktycznie nie przeszkadza.

Żeby dać pewne pojęcie o eklektyzmie prezentowanym przez nową nadzieję Def Jux wystarczy opisać kilka przykładowych fragmentów Deadringera. Po wspomnianym "groźnym" początku i krótkim intro wchodzi kawałek przesuwający nastrój w całkiem przeciwnym kierunku, w melancholijno-soulowe rejony. Głos doświadczonego życiem bluesowego barda (typ Vana Morrisona) oznajmia "Who knows what tomorrow will bring / Maybe the sun and maybe the rain / But as for me I'll wait and see / Maybe it will bring my love to me". Do takich smutów zgoła nie-bardowski podkład – pogodny, lekko jazzowy – pasuje znakomicie, chociaż wydaje się, że nie powinien. Na tym między innymi polega mistrzostwo gości w rodzaju Rjd2, to prawdziwi alchemicy samplowania.

Z melancholii w zabawę. Zaraz po "Smoke & Mirrors" wkradają się słabsze klimaty Moby-podobne (które dawno się już wszystkim znudziły) w połączeniu z imprezowymi zaśpiewami i skreczami w stylu Avalanches. "Final Frontier" to z kolei kawałek hip-hopowy, gdzie jako MC występuje Blueprint. Kolejny utwór wpisujący się w nurt poszukującego hip-hopu, ale to chyba powoli przestaje być wyróżnikiem. Tacy kolesie jak El-P czy Prefuse 73 stopniowo odsuwają wszelkich post-Snoop Dogowych popłuczyn na margines zainteresowania nawet rap słuchaczy. Właśnie o tej sytuacji traktuje drugi z trzech hip-hopowych kawałków na płycie. MC Jakki zapluwa mikrofon, w bardzo ostrych słowach przedstawiając swój stosunek do zacofanych braci niggersów i ich zdebilałych słuchaczy. Być może Jakki i Mr. Lif narzekając na kondycję uprawianej przez nich dyscypliny nie widzą, że z każdym dniem rośnie dzięki nim znaczenie hip-hopu, czego najbardziej jaskrawym świadectwem jest trzeci w zestawie, rewelacyjny "June" z Copywriterem.

Po "Final Frontier" otrzymujemy kolejne piosenki kojarzące się z brzmieniem wymyślonym przez Avalanches, a więc strzępki dziwacznych dziecięcych wokaliz i wibrujące, oceaniczne odgłosy. Co prawda od poziomu Since I Left You dzielą te utwory kilometry: "Ghostwriter" i "Cut Out To F.L." to mimo wszystko drętwe, tradycyjne kompozycje, a główny temat prowadzony jest przez większość czasu trwania piosenki, podczas gdy na wybitnym krążku Australijczyków te motywy zmieniają się co kilka sekund. Jako się rzekło wcześniej wpływ Shadowa jest nad wyraz oczywisty, chociażby w sekwencji "Shot In The Dark" + "Chicken-Bone Circuit". Tajemniczy filmowy dialog, gęste, masywne beaty i miarowe pojedyncze uderzenia w klawisze pianina brzmią niemal jak hołd. No właśnie, można powiedzieć, że Deadringer nie wnosi nic do definicji gatunku sformułowanej przez Endtroducing. Wracając do analogii do poetyki: minęło ponad 2000 lat zanim Wackernagel stworzył nowy, godny system w najstarszej dziedzinie literaturoznastwa. Obyśmy nie musieli czekać 2000 lat na kolejnego Shadowa, bo do tej pory wszyscy powymieramy.

Michał Zagroba    
9 grudnia 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja