RECENZJE

Ris Paul Ric
Purple Blaze

2005, Academy Fight Song 7.5

Pierwszy indywidualny album lidera właśnie rozwiązanej grupy to zawsze interesująca sprawa. Poza standardowym rozpatrywaniem aktualnej kondycji twórczej i podejrzewaniem o wypalenie talentu, prowokuje też pytania o zasięg inspiracji i szerokie horyzonty artysty. Ponieważ już kilkukrotnie zestawiano losy Chrisa Richardsa i Travisa M., pozwolę sobie na komparację. Gdy rozpadał się D-Plan, można było mieć nadzieję na dalszy ciąg owocnej pracy kolesia, bo podczas kariery swojej kapeli niejednokrotnie zasygnalizował ekscytujący potencjał. Mnie osobiście wyjątkowo kręciły dwa tropy. Raz, że bossanova – markowo bujający rytm i latynizujące harmonie ślicznie urozmaicały ofertę pop-punkowców z DC, a kawałki w rodzaju "The Other Side", "Memory Machine" czy "Sentimental Man", sprowadzone do esencji, do formy szkicu, są dosłownie kiwającymi się na boki brasilianami. Dwa, że hip-hop: jak za płytę życia uważa się sofomor Public Enemy, a styl wokalny przetyka się non-stop nawijkami (kłaniają się przykładowo "Tonight We Mean It", "Bra", "I ♥ A Magician" lub kliniczny przypadek "Gets Rich"), to nie dziwne, że odbiorca oczekiwałby wycieczek w stronę – a może wręcz ścisłej adaptacji – rapu. Niestety, na poronionym Travistan nie było ani ziomalenia, ani Jobimowania; był w gruncie rzeczy średniawy, głównie przewidywalny pop-rock.

Teraz casus Richardsa. Nie słyszałem o jak bogatych wpływach rozpowiadał w wywiadach, mogłem tylko pogratulować upgrade'u palety na ostatnim krążku Q And Not U, Power, jednocześnie zauważając, iż najlepsze elementy tej świetnej płytki pochodziły jakby z innego źródła, niż przedtem – kruchy funk basu, selektywność i klarowność miksu, ciągotki avant-popowe. Chris jakby dostrzegł to samo i na swoim solowym debiucie, sygnowanym zabawnym nickiem, zaprezentował się w zupełnie odmiennej estetyce, jakby zdejmując z popowych wątków Power ciężką kurtałę hardcore'owego zespołu, a ubierając je w lnianą nocną koszulę folkowej ballady. I szokujący werdykt: wyszło mu to lepiej, niż cokolwiek z katalogu Q&NY.

Kluczem do rozeznania w obecnym świecie Richardsa jest słowo "intymność". Zrealizowana na spółkę z Timem Heckerem (tak, tym), Purple Blaze wydaje się spowiedzią zarejestrowaną na mikrofon: ot, siedzi chłopak z gitarą i brzdąka podśpiewując. Heard it all before, right? Lecz Tymek H. błyskotliwie narusza tę czystość, manipulując planami dźwiękowymi, obracając ścieżki, dodając w tle niepokojące szumy i pogłosy oraz niemal ambientowe studio recordings, łączące konkretne piosenki w rodzaj suitki. Zabiegi owe są tym dla nienaruszonych, dziewiczych rejestracji balladowych, czym podświadome lęki i nerwy dla spokoju duszy. I to znakomicie współgra z liryczną otoczką albumu, znajdującego solistę w trudnym chyba momencie, na rozdrożu i w dobie wątpliwości, wahań. Mruczanki Chrisa obfitują w osobiste "głośne myślenie", co wywołuje we mnie wrażenie niepotrzebnej inwazji w jego problemy. Ale nawet gdy zahaczają o przesadne użalanie się, trzeba przyznać: dobrano odpowiednie środki artystyczne do ich wyeksponowania.

Aby jednak było co eksponować, facet napisał garść zabójczych songów, przekraczających cały gatunek, o który z pozoru można by je posądzać. W jaki sposób? Spójrzmy. "Run Up Wild On Me" przedstawia subtelnie sfrustrowany falset na tle rozedrganego podkładu gitarki. Wiedziałem, że KjuEndNatJu lubili Prince'a, ale tu jakby, tak właśnie, na naszych oczach, dokonuje się rzecz niezwykła: oto numer – który powinien jako singiel startowy z następnej ich płyty śmigać po hitlistach w opracowaniu a la żarzący dance-punk i detronizować Rapture z królewskiego tronu – ukazuje swą głęboką, nie-dla-mas, metafizyczną naturę, nie tracąc jednocześnie nic z jakości! To niesamowite! Podobne cuda dzieją się na przestrzeni "The Sleeparound". W takt realnej już, nie kamuflowanej, ascetycznej bossanovy, Ris odstawia dwupłaszczyznowe arcydziełko harmonii: modyfikacje są na tyle znikome, żeby nie urazić żądnego przebojowości ucha, ale skutkiem wnikliwego zbadania przebiegu odkrywamy inteligentną złożoność akordów i nagłą głębię emocjonalną zawartej w tak prostej, wydawałoby się, konstrukcji.

A perełek wśród free-folkowych nierzadko nastrojem kawałków jest tu więcej. Bo niepokalany title track (ach to napięcie między palcowaniem strun, a miarowymi podskokami głosu), bo zahaczający o uwolnienie bliskie najluźniejszym formalnie fragmentom dorobku Microphones "Up In My Window", bo wreszcie najpiękniejsza gwizdanka mijającego roczku, "I Wish You Love Me". Właśnie, "I Wish You Love Me"! Skala wrażliwości tej kompozycji odsadza jakieś promowane za kasę modne fryzurki o lata świetlne. Ponad wyprowadzanymi z pietyzmem, wymuskanymi, kameralnymi podjazdami wiosełka nasz bohater czule (choć z wyczuwalnym wyrzutem i rezygnacją) nuci do swojej ex mega-bossowskie wersy pokroju "I wish you something / And nothing more / I wish you everything", by po zdaniu tytułowym zmienić metrum na klawesynowy walczyk, niczym w "Benefit Of Mr. Kite". Ale inaczej niż tam, motyw nie powraca, utwór się rozpada, nie ma lansu i baunsu, jest słodki ból i cierpienie. Jak to mawia mój kumpel Krzych: "dla mnie to jest szczere".

Borys Dejnarowicz    
29 grudnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie