RECENZJE

Ringo Deathstarr
Colour Trip

2011, Club AC30 7.0

WK: Oto sen McLuhana! W Londynie grają pavementowy niezal, a w Ameryce najprawdziwszy shoegaze wprost znad Rio Grande. Niby jakieś jaskółki były, jak choćby Pains Of Being Pure At Heart, ale raz – nad zimnym Atlantykiem, dwa – z wpływami prądów z Toronto. W przypadku Ringo Deathstarr bliskość zatoki niczego nie usprawiedliwia, bo ta grupa romantyków myślami błądzi daleko nad białymi klifami Wysp. W porównaniu z EP-kami zmieniło się niewiele. Utwory bardziej hałaśliwe, jak "Tambourine Girl", to wodorosty wyrzucone z Isn't Anything, "Day Dreamy?" – jakieś reperkusje Slowdive. A żeńskie wokalizy na "Two Girls" – czy to nie hieratyczny klimat Treasure? Zresztą, czasem ciężko się w tym połapać, bo tytuł "Kaleidoscope" równie dobrze może być jazdą w stronę Nowhere jak i donikąd.

Albo inny: "Chloe". Jak wyciągnięty z Banville'a dzień osobliwego przypływu. Impresje z kąpieliska, słońce prześwitujące przez burzowe chmury. Owinięte ręcznikiem dziewczęta ścigane wzrokiem, zostawiają ślady w ciepłym piasku. Z tą płytą jak z wyśnioną miłością – dodaje pewnie więcej, niż naprawdę jest.

KFB: Staroszkolna shoegaze'owa nawijka ma się w ostatnich miesiącach zaskakująco dobrze, a Colour Trip to chyba najbardziej jaskrawy dowód na potwierdzenie prawdziwości tej tezy. Podpisuję się (dosłownie i w przenośni) pod redaktorem Kowalskim, który bezbłędnie poradził sobie z rozczytaniem inspiracji Ringo Deathstarr, ale bądźmy szczerzy – amerykańskie trio specjalnie się z nimi nie kryje. I słusznie, bo ich muzyka, chociaż wiele zawdzięcza "złotym latom shoegaze'u", to jednak wnosi do tematu coś więcej poza suchym odtwórstwem. Przecież "Chloe" spokojnie mogłoby funkcjonować na zasadzie "Only Shallow" naszych czasów, co nie świadczyło by o nich (czasach) najgorzej. Ale żeby ktoś nie pomyślał, że szargam tu świętości – spokojnie, debiutancki longplay Ringo Deathstarr nie ociera się o metafizykę. Jest po prostu świetnym, hałaśliwym albumem, który pokazuje, że w shoegaze'owej szufladzie można znaleźć jeszcze sporo ciekawych klisz do kreatywnego powielenia. Za największy atut Teksańczyków uznałbym świadomość własnych ograniczeń i nie porywanie się na tworzenie skomplikowanych, wielowątkowych kompozycji – jadą na prostych, nośnych hookach, a spośród jedenastu utworów, jakie tu znajdziecie, tylko jeden (!) trwa nieco ponad cztery minuty. Ta skondensowana forma sprawia, że pół godziny z Colour Trip zamienia się w jedyny w swoim rodzaju seans krótkich mgnień, który z przyjemnością będę sobie fundował przez najbliższych kilka tygodni. Kevin by to polubił, bankowo, lubię więc i ja. I to bardzo.

ŁK: Co za... doooobry zespół! Jest tylko jedna, powtarzam TYLKO JEDNA, rzecz, którą można w tej chwili zarzucić Ringo Deathstarr – brak wyrazistego własnego oblicza. Koledzy u góry wyliczają inspiracje i odniesienia, Ringo Deathstarr to zespół-fanklub fetyszyzujący shoegaze. Mieszczą się gdzieś między twee przyśpiewkami Pains Of Being Pure At Heart i krwistym hałasem Sereny-Maneesh, gdyby odnosić się tylko do innych epigonów. "Chloe" mruga do słuchacza bębnami z "Only Shallow" (przy okazji – "nasze" "Only Shallow" chyba nie powinno w ogóle brzmieć jak "Only Shallow"), są bardzo gatunkowe tytuły "Kaleidoscope", "Never Drive", wylewająca się z dziur w utworach magma gitary, eteryczny żeński wokal, chłodny, bad-ass, męski wokal... Ale, ale, duże ale, tego shoegaze'u dawno nikt nie grał tak dobrze. Najmocniejszy dowód – niesamowite "Two Girls". Brzmienie i kompozycje w temacie opanowali świetnie, ciekawe jak i czy wyewoluują.

PM:

Łukasz Konatowicz     Kacper Bartosiak     Wawrzyn Kowalski     Patryk Mrozek    
7 marca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie