RECENZJE

Rina Sawayama
Rina

2017, self-released 7.3

Uważniejsi czytelnicy na pewno spostrzegli, że bacznie przyglądamy się poczynaniom niejakiej Riny Sawayamy – urodzonej w Japonii, a obecnie mieszkającej w Londynie studentce Uniwersytetu Cambridge, która w "wolnych chwilach" zmienia się w singer/songwriterkę konstruującą nowoczesny, porywający synth-pop zmieszany z "gitarowym łojeniem" i "lekką nutką r&b". Do tej pory Rina wypuszczała pojedyncze single: m.in. "Where U Are?" z klawiszowym r&b umieszczonym w sercu piosenki, które zostało otoczone soft-rockowym murem gitarowych riffów (a w klipie Rina nosi koszulkę z napisem "Disco Sucks") czy "Cyber Stockholm Syndrome" (którym już trochę się jaraliśmy) – zwieńczony epickim, poprowadzonym z rozmachem bombastycznych power-ballad wybuchem singiel, stanowiący czujną odpowiedź na wciąż tak bardzo cool songi Liz z Just Like You. Pewnie panna Sawayama nazbierała kilka takich piosenek i wreszcie postanowiła je wydać w postaci zwartej, małej kolekcji. Tak oto dostaliśmy krótki mini-album Rina.

I już udekorowane laserowymi syntezatorami oraz gwiezdnym pyłem intro "Ordinary Superstar" brzmi tak, że mogłoby otwierać nakręconą dziś, aktorską wersję Czarodziejki z Księżyca, z której wylewałyby się hektolitry ejtisowej nostalgii (znacie to kina i z Netflixa). Ale w tak słodkich oparach jesteśmy pogrążeni zaledwie kilka sekund, bo chwilę później wjeżdża przygwożdżony do podłoża, gitarowy drive zwrotki nabierający rumieńców w stonowanym, Mansunowym refrenie. I jeśli do tej pory wciąż nie do końca było wiadomo, o co tej całej Rinie chodzi, to po poptymistycznym nawrocie tęczowych supermocy wszystko staje się jasne – dziewczyna nie bawi się w żaden cybernetyczny pop czy futurystyczne r&b, tylko stara się wykręcić najbardziej soczyste i zapamiętywalne hooki, na jakie ją stać. A "gołym uchem" słychać, że jest naprawdę DOBRA W TE KLOCKI.

A korzysta przy tym ze starych i sprawdzonych patentów. W kolejnym "Take Me As I Am" następuje "przeorganizowanie formacji ofensywnej" i kawałek brzmi jak intrygujący mashup "If You Had My Love" J. Lo (głos Riny) sklejony z "My Name Is Prince" (bit) Księcia, w którym znowu refren zażera jak pojebany, a ognista sekwencja od 2:37 trafia w "samo sedno". Myślicie, że na trzecim kawałku dziewczynie powinie się noga i popełni SKUCHĘ? Nic z tego – pomykający z błyskiem chromowanych synthów i LIGHT-HARD ROCKOWYCH gitar Nika Kershawa "10-20-40", gromi kolejnym stadionowym wjazdem na 2:15 i śmieje się prosto w twarz mainstreamowemu popowi, który od wielu sezonów (oczywiście w zajebistej wersji) istnieje tylko teoretycznie.

Na płytkę załapał się także wypuszczony jeszcze w 2015 roku via Bandcamp "Tunnel Vision", mający za zadanie uspokoić dość stanowczy pęd swoimi wibracjami à la Solange z A Seat At The Table, natomiast potem trwające zaledwie minutę, rozśpiewane, niepozorne interludium "Time Out" generuje ciepłe, wakacyjne pola kontrastowe progresywnej estetyki mass-medialnej. O "Alterlife" pisał już Kacper i nie ma ani słowa przekłamania w stwierdzeniu, że kawałek "wali po ryju potężnym gitarowym hookiem", więc mogę dodać tylko, że ten gitarowy riff brzmi jakby Rina zakosiła go z jakiejś starszej płyty Smashing Pumpkins. Następnie miłe (choć nierobiące na mnie specjalnego wrażenia) "Through The Wire" mknie sobie niespiesznie, aby spełnić się w roli supportu przed znakomitym "Cyber Stockholm Syndrome", którego już "nie będziemy dyskutować" – odsyłam do playlista. I taki właśnie jest ten mały zestaw: bez efekciarskiej dekonstrukcji, ostentacyjnych meta-odnośników czy szukania szczęścia w futurystycznych wojażach, Rina prezentuje wizję czystego, centralnie przebojowego popu skąpanego w gitarowym r&b. Bardzo liczę na to, że panna Sawayama dopiero się rozkręca i swoje najlepsze rzeczy nagra już w niedalekiej przyszłości. Kibicuję z całego serca.

Tomasz Skowyra    
7 listopada 2017
BIEŻĄCE
John MausScreen Memories
Tame Impala"List Of People (To Try And Forget About)"