RECENZJE

Rihanna
Talk That Talk

2011, Roc Nation 5.5

"Wy tam na tym Porcys to chyba nie lubicie tej Rihanny, co?" – ciężko uwierzyć, ale w 2011 spotykamy się jeszcze z tego typu "zarzutami". Kioskarka, sprzedawca w warzywniaku, sprzątaczki w biurowcu Porcys, starsze panie wracające w niedzielę z mszy – wszyscy patrzą wilkiem i żądają odpowiedzi. Myślałem, że od dawna wiadomo, że nie kierujemy się tu żadnymi osobistymi sympatiami. Co, myślicie, że lubię Paris Hilton? Przecież to wyjątkowo tępa strzała, ale co poradzę na to, że "Jealousy" to po prostu mały popowy majstersztyk? Rebecca Black też dostałaby ode mnie parę razy pasem po dupie, ale nie widzę powodu, by nie przyznać, że jej ostatni singiel ma świetny refren. I tak dalej, przecież ten mechanizm jest dosyć oczywisty i nie powinien budzić najmniejszych wątpliwości. Gwarantuję – nikt tu nie ma z RiRi większych problemów.

Gdy ktoś mnie pyta, co sądzę o Rihannie, odpowiadam: spoko sztunia. Jasne, starsze pokolenie aż rwało się do stawiania jej pałki, ale czasy się zmieniły, zarówno dla Porcys jak i dla popowego mainstreamu. Oddajmy dziewczynie wyrazistość (może nawet i zalążki charyzmy) oraz fakt posiadania jakiejś spójnej artystycznej wizji, który niestety nie przełożył się póki co na nagranie bezapelacyjnie świetnego longplaya. Najbliżej powodzenia było na Good Girl Gone Bad – oldschoolowo (think Bad albo True Blue) dopakowanym praktycznie samymi potencjalnymi singlami, których kolejność można było właściwie losować. Poza przebojami, które potwierdziły aspiracje Rihanny do rozdawania kart w mainstreamie, warto wspomnieć o piosenkach nieco zapomnianych, a przy tym wciąż znakomitych. Weźmy takie "Say It" z kwaśnym, jakby "animalowym" klawiszem czy "Push Up On Me", figlarny, lekko 80sowy wypełniacz parkietów – świetne numery, ale kto poza mną dziś o nich pamięta? Więcej mówi się niestety o tracklistach Rated R i Loud oraz okolicznościach, jakie sprzyjały powstaniu tych mrocznych, osobistych albumów. Tagi: "rihanna, pobicie, chris Brown, i like it rough" zdają się mówić wszystko. O całej sprawie wolę się jednoznacznie nie wypowiadać, otocza ją zbyt wiele kontrowersji, by móc jasno usystematyzować swój osąd. Chociaż – powiedzmy to sobie szczerze – nie sposób którejkolwiek z tych płyt położyć obok Velvet Rope – wątpliwa jakość przeciętnych tracków jakie tam znajdziecie po prostu na to nie pozwala, klimat to nie wszystko.

W kontekście tych niedawnych dokonań muzyczna postać Talk That Talk daje naprawdę sporo powodów do radości – wydaje się, że Barbadoska na dobre porzuciła ciężkie rozkminy i postanowiła skupić się na nieco innych aspektach życia. Nawiązanie do starych, dobrych "słonecznych" singli słychać w otwierającym album "You Da One", w którym "swoje" robi zalatujący nieco reggae, leniwy, karaibski vibe. Wiadomo, Dr. Luke wciąż zna się na rzeczy jak mało kto w tej grze, dlatego nie mniej ciekawie brzmią efekty jego współpracy z Calvinem Harrisem w kolejnym na traciliście "Where Have You Been", ale całość nie ma podjazdu do "We Found Love" – głównego singla pilotującego to wydawnictwo. Niepozorność tego numeru polega na tym, że do tego, aby chwycił, potrzeba przeważnie kilku przesłuchań albo jakichś wyjątkowych okoliczności, niemniej jeśli okażecie mu cierpliwość to gwarantuję, że nie wyjdziecie na tym źle. Ten jedenasty (!) numer jeden na liście Billboardu w wykonaniu RiRi to niewątpliwy grower – jeśli to faktycznie "odrzut" od Harrisa, jak sugerują redaktorzy w naszej rezerwie, to można Szkotowi tylko i wyłącznie pozazdrościć wyjątkowo przepastnych katalogów. Co jeszcze można zapisać na plus w kontekście tego albumu? Mimo wszystko "Cockiness" – schizofreniczny, ciut zbyt dresiarski banger, w którym jedyne wątpliwości budzi ta gimnazjalna gra słów i niedopowiedzeń z refrenu.

Oczywiście Talk That Talk nie składa się wyłącznie z trafień – błyskawiczną odrazę budzi przerysowane do granic absurdu, płaczliwe "Farewell", które nie wiedzieć czemu wieńczy tę płytę. Ogólnie druga połowa albumu nie przynosi już takich emocji jak ta pierwsza, ale i tak jest najbardziej słuchalna i dostarcza mniejszych lub większych hooków. W edycji deluxe poza fajniejszą okładką warto też zwrócić uwagę na "Do Ya Thang" od poczciwego Teriusa Nasha – nie jest to może casus "Schoolin’ Life", ale i tak wyróżnia się na tle rzeczy z regularnej tracklisty. Koniec końców Rihannie należą się umiarkowane pochwały, dlatego z czystym sumieniem stawiam mocną piąteczkę i czekam na dalszy rozwój zdarzeń.

Kacper Bartosiak    
23 listopada 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie