RECENZJE

Rihanna
ANTI

2016, Roc Nation / Westbury Road 5.6

To niby ma być płyta, dzięki której Robyn Rihanna Fenty przestała być produktem i "maszynką" do komercyjnych hitów, a stała się w pełni świadomą artystką z własną muzyczną wizją? W niemal każdej recce poświęconej Anti przeczytacie podobne pochwały dla gwiazdy z Barbadosu. Posłuchałem i pytam: serio? Na coś takiego nie wpadli nawet kolesie z Yahoo, kiedy to popełnili dość bolesną WTOPĘ publikując draft recki mającego ukazać się dopiero za kilka miesięcy, ósmego krążka RiRi. Ale rozumiem skąd to wszystko się wzięło, bo przy nagranym wspólnie "z popularnym raperem Drakiem" (loool) "Work" rzeczywiście można mieć wrażenie, że z Rihanną coś zaczęło się dziać. Całkiem fajny numer "klimatycznie" kojarzący się z tytułowym wałkiem z Take Care, bo też mamy duet Riri/Drizzy, a i 40 współprodukował oba jointy. Tak to wygląda.

Chodzi więc o przejście na "ciemną stronę mocy popu" czy jakoś tak, right? Plus modni, świetni producenci, te sprawy? Problem jednak w tym, że po Take Care, Yeezusie, The Pinkprint i hitach "All Day" czy "U Mad", a także po nagrywkach Rae Sremmurd, Future'a czy Thuggera, naturalną koleją rzeczy dla takiej postaci jak Rihanna wydawało się podpięcie pod to, co aktualne i modne w około rapowej GRZE. A że dziewczyna wciąż kręciła się gdzieś koło Kanye (miał być nawet producentem wykonawczym Anti, ale pochłonął go Pablo) czy Future'a, to przeniknięcie wypadło dość wiarygodnie. Czemu jednak dalej nie trzaskać hiciorów na miarę "We Found Love"? Z prostego powodu − już nie ma takiej konieczności, bo już nie tylko Adele czy Bieber dobrze się sprzedają, ale paradoksalnie to anty-przebojowość zaczęła intrygować masy. Właśnie − anty. Więc powstrzymam się od wychwalania Anti, bo nie za bardzo jest nad czym się rozpływać. Niestety, wciąż więcej tu rzeczy do skrupulatnego wypunktowania czy nawet strzałów w stopę, choć lepsze fragmenty też się zdarzają. Idźmy jednak po kolei i w miarę możliwości od ogółu do szczegółu. Pierwsza sprawa: same numery. Co z tego, że w porównaniu z Good Girl Gone Bad, Unapologetic czy Rated R mamy zupełnie nową jakość, skoro to wciąż są niezbyt wyszukane, dość bezpieczne i mało zapamiętywalne songi.

Z "Consideration" z dancehallowym zaśpiewem nie mam problemu podczas dźwiękowej wiwisekcji, ale zupełnie o nim nie pamiętam po wybrzmieniu ostatnich sekund. "Woo" jest zwyczajnie wkurwiające, od razu skipuję i nie zamierzam nawet doszukiwać się jakiegoś yeezusowego podobieństwa jak co niektórzy. Wolę poszukać powinowactwa z Laną Del Rey w "Desperado" − w końcu Lana ma sporo fanów i warto uśmiechnąć się też do nich. Natomiast sama końcówka płyty, czyli trzy nominalne ballady, to już nawet nie są wypełniacze, tylko kompletna słabizna na każdym poziomie, bo ani nie wymiatają songwritersko, ani RiRi nie czaruje tu głosem − po prostu powinna unikać tego typu repertuaru, bo poległa w nim aż trzykrotnie. O "coverze" Parkera nie ma nawet co wspominać, bo jest tu tak potrzebny, jak mniszka w obsadzie pornosa − typowa zagrywka mająca pokazać, jak to Barbadoska ucieka od popowej papki na rzecz niezalowej niszy. No cóż, wszyscy chcieli dobrze, a wyszła Szansa Na Sukces.

Na szczęście nie wszystko jest takie złe, bo na przykład drugi indeks to najkrótszy track na Anti (raptem 1:12), ale za to najlepszy, bo przez chwilę wyobraziłem sobie alternatywny świat, w którym Rihanna jest utalentowaną songwriterką tworzącą muzykę zbliżoną do Hiatus Kaiote/Dornika/Thundercata. Nie wiem, skąd ci wszyscy recenzenci biorą porównanie do Steviego Wondera. Było w jakimś promo czy zwyczajnie nie chce się im słuchać nowych płyt? Ale mniejsza z tym, bo w recenzjach Anti, zwłaszcza polskich, odjebują się naprawdę niezłe akcje (nie ogarniam na przykład co tu się wydarzyło + warto zerknąć na artykuł zatytułowany "Rihanna: zagubiona księżniczka z Karaibów", polecam jakby co). Fajnie wyszedł niemal softrockowy "Kiss It Better" z refrenem ciepło-elektrycznym trafiającym do mojego serca. Mustard w "Needed Me" też nie odstawił fuszerki, popełniając wespół z resztą załogi całkiem intrygujący, pasujący do schematu LP podkład. Wreszcie RiRi z akustykiem w delikatnym kawałku napisanym przez Dido (kto o niej dziś pamięta?) daje się też lubić i słuchać, a to najważniejsze. No i nie zapominam o wcześniej wypuszczonym "Work", ale to już pisałem, że nawet dobre granie. A czy będzie z tego hit na miarę "Hotline Bling"? Tego nie wiem. Może już jest?

W każdym razie, jedynka na liście Billboardu za darmowy album już jest (trochę pomogli w tym kolesie z RIAA, którzy postanowili przyznawać złoto i platynę również na podstawie streamów − btw, ciekawy zbieg okoliczności), dwunasty singlowy numer jeden na tej samej liście też jest, jest kilka innych rekordów i są nawet nadzwyczaj dobre recenzje, ale mimo wszystko, świetnych popowych numerów na Anti nie ma.

Tomasz Skowyra    
18 lutego 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja