RECENZJE

Rick Ross
Teflon Don

2010, Maybach 6.9

W pojedynku gigantów uniwersum dwa tysiące dziesięć Rick Ross nieznacznie kopie Westowi dupsko. Nie przywołuję w tym momencie Kanyego ani kompletnie przypadkowo, ani ze względu na featuring wokalny i producencki w jednym z mocniejszych momentów Teflon Don, "Live Fast Die Young". Prawda jest taka, że trudno po prostu o bardziej analogiczne do siebie muzyczno-kulturalne zjawiska w ubiegającym roku niż ostatnie długograje wspomnianych MC's.

Tak jak Merriweather Post Pavilion Westa, Teflon Don to album większy niż Ty, ja i nasze samochody. Trudno w późnej erze schyłkowej rapu o więcej rozmachu w doborze bitów, sampli, tekstur i gości; zamiast taniego blichtru mamy tu jednak luksusową elegancję. Zaczyna się od masy wykwintnego pianinka, męskich chórków, niemęskich chórków, smyczków i soft-rockowych gitarowych riffów, kończy na gościnnych występach (m. in.) Gucci Mane'a, Ne-Yo i Eryki Badu. W "Tears of Joy" dostajemy nawet pełen asortyment powyższych zagrań, z Cee-Lo Green w charakterze współprowadzącego dnia.

Z drugiej strony ego Rossa wydaje się być równie tytaniczne jak jego (mimo wszystko) sławniejszego kolegi, a "Teflon Don" megalomańskim rzutem duszy na taśmę. "If I die tonight, remember me like John Lennon". Portret psychologiczny naszego południowca będzie – wiadomo – mniej ekscytujący czy nawet zabawny niż Westa, aczkolwiek szczery podziw wzbudza kilkuletnia droga Rossa od novelty-śmieszności "codziennie się krzątam" do quasi-koncept (że fury, nie) albumu z najwyżej półki.

Porównania z Kanye dostarcza także obiektywny wgląd w nawijkę – Rick Ross dobrym raperem nie jest, co to to nie; sprytnie potrafi jednak zatuszować, a nawet wykorzystać ułomności flow ku własnej strategii podboju wszechświata, czyli nieco ekscentrycznej formie hustlującej ekspresji. Jeden z najfajniejszych w zestawie, "Free Mason", pięknie ilustruje powyższą tendencje, odwołując się tym samym już nie do My Beautiful Dark Twisted Fantasy, ale samego wybornego College Dropout.

Obraz albumu dopełniają takie drobiazgi jak niekończąca się energia i moc wyzierająca z każdego potężnego jak i subtelnego motywu, konsekwentnie wyśmienite linie basu oraz zapierająca dech w piersiach realizacja gatunkowego konceptu "southern rap" w drugiej połowie krążka (szczególnie "No. 1" i "MC Hammer"). Drobiazgi, które ostatecznie decydują o wyższości Dona Teflona nad potworami z szafy Kanye Westa, a może nawet – muzyki nad psychoanalizą.

Patryk Mrozek    
27 grudnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie