RECENZJE

Renton
Take-Off

2008, Polskie Radio 6.2

Opisując nie tak dawno temu "Hey Girl" na potrzeby Miazg (niniejszym pozdrawiam Towarzystwo Wzajemnej Adoracji, żeby mieć to z głowy już na wstępie) sparafrazowałem wypowiedź Marka Rentona ("I haven't felt that good since Archie Gemmill scored against Holland in 1978!") stwierdzając, że słuchanie największego przeboju warszawskiego kwartetu dostarcza mi emocji porównywalnych z tymi przeżytymi przed telewizorem, gdy Juskowiak pokonał Lamę na Parc des Princes w wiadomym meczu. Z kolei po odsłuchu Take-Off moje skojarzenia zmierzają w stronę innych piłkarskich wydarzeń, a w zasadzie do związanego z nimi okrzyku radości Szpakowskiego. Oto ostatnia minuta pierwszej połowy spotkania Anglia – Polska w Manchesterze (październik 2005), wpuszczony przed kilkoma chwilami na boisko Tomasz Frankowski zdobywa wyrównującą bramkę podsumowaną rozdygotanym głosem przez legendarnego Dariusza wieloznacznymi i symbolicznymi w kontekście udziału Franka w tamtych eliminacjach (że ciągły brak zaufania ze strony Janasa mimo wielu goli Tomka zdobytych w kluczowych grupowych pojedynkach, że lekceważące wypowiedzi trenera pod adresem tego super-jokera) słowami: "Odpowiedź wspaniała!". Debiut grupy Renton jest taką właśnie odpowiedzią – zaadresowaną do osób, które, tak jak trener Janas nie dający wiary w umiejętności Franka, nie zaufały do końca warszawiakom mimo tego, że "Hey Girl" okazało się tak doskonałym strzałem w dziesiątkę. Sam wielokrotnie słyszałem stwierdzenia negujące szanse grupy na nawiązanie do sukcesu jej największego hitu – "nie dadzą rady, trafiła im się jedna perełka, więcej z siebie nie wycisną" czy "taki nasz one-hit-wonder, za rok nikt o nich nie będzie pamiętał". Cóż, muszę Was rozczarować, pamiętać będziemy wszyscy i to zapewne jeszcze przez wiele lat.

Jasne, że "Hey Girl" wciąż jest najlepszą piosenką kiedykolwiek nagraną przez ten band. Jednak godną konkurencję stanowi chociażby singiel promujący Take-Off – "Walk Aside" z niezwykle chwytliwym refrenem. Nieco być może żal, że w wersji studyjnej zespół nie urozmaicił tego numeru klawiszowym fragmentem wplatanym w koncertowe wykonanie songu, lecz i tak jest znakomicie. "Walk Aside" nie chwyta wprawdzie słuchacza od pierwszego przesłuchania, jak było z utworem wykorzystanym w reklamówce telefonii cyfrowej, lecz zdobywa go powoli, krok po kroku, odsłuch po odsłuchu. Jak już chwyci, to nie chce puścić przez – parafrazując kolejnego po bohaterze Trainspotting klasyka – "duży czas czasu". Znakomicie broni się również nagranie "Lazy Wild", w którego finale głosowi Marka Karwowskiego towarzyszy urokliwa partia trąbki. Ciekawe aranżacyjne rozwiązanie, szkoda że tak rzadkie na tym albumie, który stanowczo za rzadko wychyla się poza schemat "wokal, gitara, bas, perkusja i jedziemyyyyyyy". Aż prosiłoby się o dodanie większej ilości czy to klawiszy, czy dęciaków lub smyków, ale rozumiem, że na to przyjdzie jeszcze zapewne czas na kolejnych wydawnictwach, tu debiutancka trema jeszcze trochę poskromiła zakusy eksperymentatorskie. Nie zmienia to jednak faktu, że płyta zrealizowana jest pierwszorzędnie, w czym oczywiście zasługa przede wszystkim współproducenta, Marcina Gajko. Jest selektywnie, czytelnie, dawno nie mieliśmy tak dobrze nagranego polskiego materiału. Dzięki temu wokal Karwowskiego, dysponującego ciekawą barwą, a przede wszystkim bez zarzutu posługującego się śpiewanym angielskim, nie ginie wśród innych instrumentów, a nieliczne smaczki (chórki, syntezator) są tak łatwe do wyłapania.

Wróćmy jeszcze na chwilę do zawartości krążka. Warto pochwalić wiedzione coxonowską gitarą i okraszone urzekającymi chórkami "No Milk" czy balladę "Drifted", która, choć istniało takie ryzyko, nie wpada w sidła britpopopowej ckliwości jawiąc się raczej logicznym punktem centralnym albumu, nie gryzącym się wcale z dynamiczną resztą piosenek. Wrażenie robi także closer, "All This Is Yours", mimo że rozpoczyna się riffem bezpośrednio odsyłającym do "Chłopców" z repertuaru Myslovitz.

Niestety, podobnie jak Frankowski na Old Trafford niecałe trzy lata temu nie zachwycał podczas całego spotkania, tak i Rentonowi zdarzaja się na Take-Off wpadki. Największą z nich jest na pewno dająca się zauważyć jednostajność materiału, chwilami ma się wrażenie swoistego "zlewania się" piosenek: gdy jeden utwór się kończy, a drugi zaczyna momentami zdaje się, że tak naprawdę zmienił się tylko indeks na odtwarzaczu, nic ponadto. Nie można jednak odmówić muzykom postępu w tym zakresie – pamiętam dawny gig bandu w Trójce, gdy wydawało się, że panowie wciąż grają jeden numer (coś jak Black Tapes na koncertach, kumacie). Aż tak źle na krążku oczywiście nie jest, jednak warto byłoby popracować nad większym urozmaiceniem, choćby pod względem aranżacyjnym, o czym wspomniałem zresztą już powyżej. Drugi minus? Płyta jest moim zdaniem za długa, kto wie, czy nie zrobiłoby jej dobrze okrojenie do dziesięciu esencjonalnych tracków. To jednak tylko gdybanie, podobnie jałowe jak rozważania nad tym, co by było, gdyby Janas zabrał Frankowskiego na Mundial w 2006 roku.

Tomek, jak pamiętamy, został wówczas w domu, a jego kariera uległa zahamowaniu. Mam nadzieję, że przywołaniem przykładu Frankowskiego nie przyniosę Rentonowi pecha i że goście w ciągu kilku najbliższych lat nie znikną nam z pola widzenia. Byłoby bowiem czego żałować.

Tomasz Waśko    
16 maja 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie