RECENZJE

Reni Jusis
BANG!

2016, Sony 7.0

Jeśli w drodze wyjątku pominiemy Iluzjon w albumowej wyliczance, wyjdzie nam, że od ostatniego programowego wydawnictwa Reni Jusis dzieli nas już dziesięć lat. W takim czasie cały nurt klasycznego disco potrafił się urodzić, naznaczyć muzykę i zacząć przebrzmiewać jako ciężko wyeksploatowana etykietka dla dziadów, o współczesnych sezonowych zajawka z twojego getta nawet nie wspominam. Jednak gęsto usiany po-Transową nostalgią w duchu Ray Of Light Magnes w momencie wydania był już dziełem spóźnionym, a gdy bliżej przyjrzymy się zależności “oczekiwania fanów-potencjał Reni-rzeczywistość muzyczna”, może nawet chybionym. Ostatnia płyta Jusis jest dla mnie pod tym względem o wiele bardziej zrozumiała, bo Magnes z zamiaru wciąż miał być dziełem z muzyką klubową, żywym i nowoczesnym, a czasem zawodził na tym polu. Nie znaczy to jednak, że Reni Jusis nie mogła zanotować dobrego powrotu w swoim tanecznym wcieleniu. Ten był przecież bez przerwy wyczekiwany. Wypuszczony zupełnie niedawno singlowy “Bejbi Siter” może co prawda budzić mieszane uczucia i w warstwie lirycznej, i w swoim miejscami przeforsowanym wydźwięku: artystka w nowej odsłonie i zarazem silny przekaz noszą znamiona terapii szokowej, przypominając mi niejako casus “Rolowania” (z tekstem zrozumiałym aż zanadto). Jednak, podobnie jak kawałek Nataszy Urbańskiej, piosenka nie wzbudza wątpliwości w warstwie muzycznej.

Jakiś czas później Reni opublikowała listę swoich inspiracji, z czego zaczął wyłaniać się całkiem obiecujący obraz nowej płyty. Hudmo, Rustie, Cashmere Cat czy Autechre dali pewność, że materiał będzie interesujący i na swój sposób ubezpieczali moje oczekiwania. Ich obecność na Spotifajowej plejliście do pewnego stopnia nawet mnie zaskoczyła, chociaż teraz o tych związkach będę myślał jak o zupełnie naturalnej referencji. Jusis pod tymi mniejszymi lub większymi wpływami nagrała jeden z najspójniejszych materiałowo albumów w swojej dyskografii. W zasadzie do “Końca Końców” wszystko zmierza wyłącznie ku dobremu. Mamy więc mocny opener w typie singlowego “Warriors” z Lantern, z końcówką rozbijającą w pył wystarczająco już wciągającą główną pętlę, a później iskrzący talk-boxowym efektem “Kęs”, łączący coś na kształt upalno-pustynnych miraży w duchu Boards of Canada via gorączkowe, mdlące melodie Dandelion Gum oraz Twigs romansującą z chłopakami z Sigur Rós w drugiej części utworu. Wokal i podkład świetnie się tu dogadują i takie właśnie delikatne wcielenie Reni trafia do mnie bardziej od tego rozgorączkowanego, agresywnego i nie przebierającego w słowach. Tropiący heckerowszczyznę na akordach “Koniec Końców” także przywołuje pannę Barnett (sam zaśpiew ociera się jeszcze o końcówkę “Nude” RH) i przykuwa uwagę wciąż w ten sam, od początku nakreślony pewną ręką sposób. Miejsca do tańca może nie ma tu za wiele, pootwierały się za to nowe wymiary w muzyce Reni. W połowie trafia się jednak nieokrzesane “Po Kolana W Mule”, a dalej samo w sobie ciekawe, choć potrafiące także skutecznie odstraszyć “Y&Y” oraz zaangażowany “Bilet Wstępu”, jedną nogą tkwiący w poetyce spod znaku Społeczeństwo Jest Niemiłe i niefortunnie ewokujący startującego w odmęty “Piotrka”. To najmniej zachęcająca część albumu. Ale już trzy ostatnie utwory podtrzymują rozbudzony przez jego pierwszą połowę apetyt na dobry pop.

Gdzie nie spojrzeć, tam same pochwały. Świadoma i Dojrzała Reni nie może opędzić się od przychylnych jej głosów. Pośród gąszczu wykluczających się gatunków muzycznych, wtrętów z pożycia małżeńskiego (ciekawe co napiszecie o Uffie) i stawiania artystki w opozycji do “rasowanego chemią NEKTARU” wyłania się postać writera-patrioty, który skuteczniej niż zazwyczaj może sobie pozwolić na szafowanie emocjami tłumu. Mamy to! BANG!, panie i panowie. Ta zrozumiała bądź co bądź reakcja często przesłania rzeczywistą wartość nowego albumu Jusis. Rzadko sytuuje go w formacie szerszym niż mainstreamowe gówno vs ambitna i poszukująca elektronika, a “ZACHÓD może nam skoczyć”. Już nawet nieśmiałe stwierdzenie, że to “tylko” pop każe myśleć, że autor zasłuchiwał się w Kylie “pół-me-go-ży-cia”, a nie przełknął jedynie czegoś “niestereotypowego”. Prawie uwierzyłem, że działamy w tej samej sprawie. Ale ten pop rzeczywiście tam jest, czyniąc końcówkę albumu jego najlepiej przyswajalną częścią i istotnie jest warty odnotowania. Najpierw jednak “Delta”. Knowerowski w budowaniu napięcia, wokalach i głębi, a rozwiązujący się w seriach spontanicznych eksplozji a la “Surph” Rustiego – to najszerzej zakreślony i chyba najbardziej wizjonerski utwór na BANG!. Dwie ostatnie, czysto popowe, piosenki to z kolei uzbrojony ładunek ripitowalności. “Zombi Świat” przypomina nieco efekty pracy Izy Lach i Mariny, z rozpisanym na przebój refrenem, i jest odpowiednio ciężki jak na końcówkę albumu. Do rozczytania, zapamiętania i pokochania w cztery minuty. Drugi rarytas w tej kategorii znajduje się jeszcze oczko wyżej. Intro “Na Skróty Tęczą”, służące także za zwrotkę, zapowiada tu doniosłość najlepszych momentów Kombi, dopełnioną thereminowym zawijasem charakterystycznym dla wspomnianej już Izy. Kawałek jest pełen przestrzeni i spełnionego wyczekiwania, co być może czyni go jeszcze bardziej pamiętnym.

Sprawa jest jednak jeszcze świeża i dlatego ciężko mi wyczerpać temat tego albumu. Nie nasłuchałem się jeszcze wystarczająco i kolejne odsłuchy tej nietuzinkowej płyty mogą mnie jeszcze czymś zaskoczyć. FOTOSY promocyjne nadal kuszą świeżością. Tymczasem świat stracił kolejnego giganta muzyki. Czasy są cokolwiek dziwne i niepokojące. Za oknem jest wiosna. BANG!, panie i panowie.

Krzysztof Pytel    
26 kwietnia 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja