RECENZJE

Remy Zero
The Golden Hum

2001, Elektra 2.9

Pytanie na dziś: po co w ogóle zakłada się zespół? No po co? Nie, na serio. Tylu wokół nas wykonawców, tyle płytek i w pewnym momencie przychodzi taka zagadka: skąd oni się biorą? Więcej ich matka nie miała? Nie ma innych zajęć na tym świecie? Można przecież zostać handlowcem, psychologiem, nauczycielem, sprzedawcą, piłkarzem, skoczkiem narciarskim, obibokiem, prawnikiem, lekarzem, kierowcą, poetą, aktorem, dostarczycielem pizzy, gangsterem, kolejarzem, biznesmenem, prezenterem telewizyjnym, modelem, informatykiem, politykiem, czy nawet policjantem. No to dlaczego tak spora liczba młodych ludzi obdarzonych względnym słuchem (czytaj: nie fałszujących) wybiera zawód muzyka rockowego?

Dylematy te naszły mnie podczas słuchania najnowszej propozycji grupy Remy Zero, The Golden Hum. Kapelki ze Stanów, która bardzo chce brzmieć wyspiarsko. Aż za bardzo, bo jest w efekcie bezczelną zrzynką z U2, Radiohead, czy Oasis, nie wzbogacającą muzyki popularnej o gram nowości. Ale wciąż mnie nurtuje: dlaczego chłopaki założyli to Remy Zero? Było im to do szczęścia potrzebne? Nie obchodzi mnie, co na to oni sami – w wywiadach mogą sobie mówić, co chcą. Spróbujmy jednak spojrzeć prawdzie w oczy i przeanalizujmy wszystkie możliwe scenariusze podobnej sytuacji na przykładzie Remy Zero.

1. Kasa.

Heh, powód oczywisty, chciałoby się rzec. Kiedy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. W przypadku Remy Zero łatwo zrozumieć optymizm, który towarzyszył pierwszym próbom. Koledzy postanowili grać jak wyżej wymienione zespoły, a te, jak wiadomo, potrafiły w ostatnich latach sprzedać zawrotne ilości swoich produktów. Moda jest na takie gitarowe, piosenkowe granie (dla Radiohead piosenkowe do The Bends włącznie). I panowie chcieli się na ten nurt załapać, choć coś mi się zdaje, że więcej by zarobili, sklejając formację nu-metalową (tu wypluwam ślinę). Ale jak zaczynali, nie mogli wiedzieć, co stanie się za lat kilka; teraz zaś za późno na przerabianie materiału...

2. Panienki.

Cóż, może hip-hopowcy, czy boysband cieszą się większym "wzięciem", ale zawsze istniał przecież topos "rockowców", czy to ostrych, czy łagodnych, mimo to jednak z gitarami na ramieniu. Tyle, jeśli idzie o zjawisko groupies, ale przecież pozostaje kwestia takiej zależności: wchodzi gość na dyskotekę i w sumie ma łatwiej od innych, bo wystąpił sobie już w teledysku, twarz ma znajomą, nazwisko pojawiło się parę razy w gazecie. I wtedy reakcja może być taka: "Och, to Cinjun Tate z Remy Zero, ten śpiewający gitarzysta!". Gdyby koleś nie mieszał w zespole, reakcja byłaby prawdopodobnie taka: "Uh, co to za wymoczek się przyplątał?", lub coś w tym stylu.

3. Nuda.

Założyć grupę rockową z nudy, ech, to dopiero jest numer! No ale spójrzmy: niektórzy naprawdę nie mają co robić. Pójdzie taki do roboty rano, wróci na czwartą do domu, zmęczony, lecz jednocześnie znudzony życiem. W domu czeka na niego dziewczyna, razem oglądają telewizję do północy. I tak codziennie. I nic. Nuda, nic się nie dzieje. Brak jakiejkolwiek rozrywki. Tymczasem mieć zespół to ho ho! Próby, próby, próby. Koncert się zdarzy, fajnie jest. Piwko z kolegami. Coś się dzieje. Zabijamy czas w ten sposób. Hę?

4. Popularność

Nie, nie, wcale nie "patrz punkt drugi"! Bo są takie osoby, które potrzebują popularności nie dla jej wykorzystania w ten, czy inny sposób, lecz dla samego jej poczucia. Uwielbiają być obserwowanymi, niezależnie od powodu. Można wziąć udział w teleturnieju, żeby w miasteczku mówili o tobie wszyscy, lecz długa do tego droga, gęste sito i szanse niewielkie. Można próbować sił w polityce, lecz tam narażamy się na szarzyznę (nie każdy zostaje prezydentem), lub na ataki ze strony opinii publicznej (nie każdy może bezkarnie kraść forsę ze składek ubezpieczeniowych). Pozostaje przemysł fonograficzny, w którym zaistnieć jest dość łatwo, a przy tym zgrywamy "artystów", podczas, gdy chodzi tylko o ujrzenie własnej twarzyczki na okładce brukowca.

5. Samorealizacja.

Samo-co? Realizacja, czyli "żeby coś po mnie zostało, bo potencjał mam ogromny". Z tym, że muzycy Remy Zero potencjał mają stosunkowo mały. Sposób, w jaki składają kolejne akordy, opanowałem w wieku lat pięciu. Zabrakło im dobrego znajomego, który w odpowiedniej fazie organizowania zespołu na szeroką skalę, powiedziałby im: "Nie. Gracie nieciekawie, aż ziewać się chce". Ale znajomy albo chciał być uprzejmy i nic nie mówił, albo go w ogóle nie było. W wytwórni zaś zwietrzyli w Remy Zero kilka dodatkowych dolców i tak oto doszło do samorealizacji: młodzież podzieliła się z nami sztuką, którą nosi w sercu.

Remy Zero nie odnieśli na razie dużego sukcesu i gotów byłbym się zakładać, że nie odniosą. Są mimo wszystko zbyt wtórni, także na płaszczyźnie prezencji, brak im siły przebicia. Pytanie z pierwszego akapitu powraca więc w dramatycznym tonie: dlaczego powstało takie Remy Zero, które nie wniosło niczego ani w sensie artystycznym, ani komercyjnym? Zaraz, być może po prostu kopiowanie znanych brzmień sprawia tym ludziom radochę? No to skoro tak, to dobrze, macie ode mnie 2.9.

Borys Dejnarowicz    
27 marca 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie