RECENZJE

Remote Viewer
You're Going To Love Our Defeatist Attitude

2004, City Centre Offices 3.9

Przesadna tolerancja dla wszelkich wytworów muzycznych kategoryzowanych jako reprezentantów tak zwanego "ambitnego" stylu (ambitnego na tle your everyday hard-rock / prog / grunge / nu-metal band) potrafi ostro irytować. Naprawdę, potrzeba trochę wyobraźni żeby wsłuchać się w te płyty i zobaczyć co konkretnie mają do zaoferowania. Jeśli zaakceptowanie rozpiętości ocennej w obrębie każdego gatunku (każdy musi mieć swoje dno, prawda?) przychodzi komuś z trudem, penetracja dalszych obszarów tych stylistyk może okazać się ratunkiem, lecząc z chorych uprzedzeń. Remote Viewer, projekt dwóch uciekinierów z Hooda, należy do rodzaju formacji zdecydowanie drugoplanowych na ogólnie poważanej scenie atmosferycznej pop-elektroniki i delikatnego minimal-techno, a przecież skonfrontowany z przykładowymi słowiańskimi rewelacjami (z jednej strony OTR, z drugiej M.Bunio.S) wypada niemal jak Sedes przy grupie Kurwicha.

O Remote Viewer spokojnie można powiedzieć, że zbliża się do średniej światowej. Kompozycje Johnsona i Tattersalla w żaden sposób nie paraliżują, ale jest coś ciekawego w tym wysmakowanym soundzie i zwartości niektórych struktur: przykuwa uwagę chirurgiczna precyzja zadawanych cięć. "We Named It After You" wypala laserem miękkie microhouse'owe tętno w kilku zloopowanych ambientowych kałużach, konstruując całkiem przyjazny, medytacyjny background. Ponadto odległe scape'y, niczym prądy powietrza, spokojnie zataczają kręgi wokół tej konfiguracji, symetrycznie zamykając cyrkulacją prostokątny kształt w kole. Podobną pielęgnacją brzmienia i budowy kompozycji odznacza się "Listening To The Ballad Of The Band", gdzie kolejne nakładane fale – leciutkie dotknięcia gitary, muśnięcia smyków, kojące szumy i usypiające plaknięcia pianinka – rodzą owoce na obszarze znajdującym się gdzieś pomiędzy nowoczesnym minimalem, a poetyckimi laptopowo-orkiestralnymi poszukiwaniami Kopernika.

Nie zawsze udaje się jednak duetowi zawrzeć w kawałkach sam konkret. Bezsensowny "Let's Not Do Much About It!" rozpływa się w nużących, nieznośnie klejących pejzażach, przeplatanych schematycznymi slo-corowymi wokalami, praktycznie wyjętymi z wcześniejszych nagrań macierzystej kapeli pary Johnson / Tattersall. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby melodia nadała temu pieśniarstwu jakiś sens, a w tej kwestii na Defeatist Attitude raczej posucha. Not exactly obraz, który każe mi usiąść w pozycji kwiat lotosu. Podobne zarzuty wysunąć można wobec przesadnie depresyjnego openera. Srające, toporne ambientowe drone'y obu tych utworów nasuwają refleksję na temat możliwości ciekawszego spędzania wolnego czasu, niż zatapianie się w przypadkowe komputerowe brzęczenie. Mikro-elektro pierdziawka "The Gambler And The Captain" również nie rzuca na kolana. Za to closer "It Occured To Me And Went Away" to sonicznie najbardziej intrygujący tu track. Pachnące domową produkcją brzmienie wypada jednocześnie tajemniczo i mistycyzująco, jak kombinacja namiastki Boards Of Canada z rephlexowymi aspiracjami. Przekwaszone wokale zostają odbanalizowane, wlewając się w szklane, cyfrowe pomieszczenie sposobem przestrzennej realizacji. Co by nie powiedzieć, to udana piosenka.

Tym niemniej, jakby starannie poszperać, od takich wykonawców roi się w undergroundzie electro. Nawet w Polskim podziemiu słyszałem równie aptekarskie i sympatyczne, choć niezobowiązujące, operacje na syntezatorach i laptopach; chociażby w wykonaniu Sing Sing Penelope, Rzutnika 89, April Tone i Apoca. W samej Europie działają setki takich projektów. I wiem co mówię, istnieją kompilacje zbierające wszystkie te próby do kupy. W szarzyźnie miejsce Remote Viewer.

Michał Zagroba    
22 lipca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie