RECENZJE

R.E.M.
Collapse Into Now

2011, Warner 3.7

Brać śmieje się z R.E.M., lekko licząc 6-10 lat – co zależy od przyjęcia Reveal, ja tam jestem (powiedzmy) nastawiony pozytywniej – jednak na dobrą sprawę nigdy nie dali nam konkretnego powodu, by pośmiać się z nich pełnym głosem. Oczywiście, było niesławne "Bad Day", czyli wypłowiała kopia utworu sprzed ponad dwudziestu lat, było wyciskanie łez przy "I'll Take The Rain" i połowa Around The Sun. Ale z drugiej strony było "The Great Beyond", "Summer Turns To High" czy "Around The Sun", wybijające się wystarczająco wysoko ponad średnią, by nie żałować zakupu płyt. Aż do teraz. Collapse Into Now jest swobodnie najgorszą płytą R.E.M. Płytą, której – cytując Patryka, choć z zupełnie inną intencją – można się bać. Płytą, którą R.E.M. powinni zakończyć karierę fonograficzną, skoro sławetny kontrakt został właśnie dopełniony, Michael Stipe skończył pięćdziesiąt lat, a Peter Buck nigdy nie był tak brzydki.

I to wszystko jest jedynie opinią jednostki. Collapse Into Now jest jednym z najszerzej opisywanych w mediach albumów, co więcej do tej pory nie spotkałem żadnej jednoznacznie negatywnej opinii. Krytycy szeroko komentują rzekomy powrót do korzeni, rockowy wykop i idealne wyważenie dwóch twarzy kapeli – balladowej i niepokornej. I to właśnie te gazetowe peany skusiły mnie, by w ogóle zainteresować się płytą po niemal zupełnym zignorowaniu Accelerate. I teraz mi smutno.

Na Accelerate R.E.M. próbowali nawiązać do drugiej połowy lat osiemdziesiątych, kiedy Stipe umiał już śpiewać przodem do mikrofonu, tym razem jednak z dobrą produkcją. Around The Sun to płyta, która w swym rozmarzeniu i jednostajności nie przypominała niczego. Reveal to jeszcze takie echa Up, choć z wytraconym eksperymentatorskim impetem. Wychodziło to wszystko różnie, jednak każdemu z albumów ery Post-Berry'owskiej (z których każdy wart był 16 milionów dolarów, wiem że wspominam po raz drugi, ale kiedy o tej transakcji usłyszałem po raz pierwszy, utraciłem dziecinną wrażliwość) przyświecała jakaś idea. Próba wprowadzenia nowego elementu do tego jak postrzegają R.E.M. fani. Teraz – nic. Pod tym względem trafiona jest wielokrotnie powtarzana diagnoza, jakoby zespół nawiązywał do swojej własnej twórczości z lat dziewięćdziesiątych. Sęk w tym, że panowie robią to desperacko i bez polotu jednocześnie. Na tym albumie nie ma zupełnie nic nowego. Połowa utworów to niewyraźne kopie hymnów z Out Of Time / Automatic For The People / New Adventures In Hi-Fi z najbardziej jaskrawymi przykładami w postaci "Uberlin" ("Drive"), "All The Best" ("Wake Up Bomb") i "Oh My Heart" ("Country Feedback"). Druga połowa to patenty z tego samego okresu, ale przepuszczone przez wspomnianą łagodność Around The Sun. I rzeczywiście, są tutaj strawne ballady i piosenki z biglem, ale smutek jest na siłę, a rockowy wykop jeszcze bardziej. Męczę się słuchając tej płyty, bo mam wrażenie, że i oni męczą się wersami "It happened today / Hurej!". A te 40 minut rozczarowań pieczętuje jeszcze finał, gdzie zupełnie niespodziewanie pojawia się... Patti Smith zawodząca cośtam o czymśtam z jakiegoś smutnego powodu. Cholera, gdyby jeszcze zaskoczyli tym finałem, np. skłonili Patti do zaśpiewania "Shiny Happy People" w wersji elektro... a tak, nie ma już wątpliwości, że Collapse Into Now nie dość, że jest złe, to na dodatek na serio.

Filip Kekusz    
17 marca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie