RECENZJE

R.E.M.
Around The Sun

2004, Warner 5.4

Around The Sun miało być końcową fazą zmierzchu R.E.M., ostatnim stopniem schodzenia ze sceny, a przynajmniej jakiegokolwiek liczenia się na niej. Po niewyraźnym Reveal i natrętnie mdłym singlu "Leaving New York" krztynę wiary w niewyczerpywalność mocy Stipe'a i jego drużyny mogli zachować tylko ich najzagorzalsi fani. Domyślam się, że z powodu pierwszego kontaktu z najnowszym wydawnictwem ulubieńców mniej więcej jedna trzecia tych biedaków padła na zawał, a drugie tyle wypełniło wszelakie Ciechocinki i inne senatoria świata. Przemierzanie tych obrzydliwie syntetycznych połaci dźwięku ratował co najwyżej bliski sercu wokal, gdzieniegdzie szalejący z irytacji puls być może koił Buck, z jakąś pół-popłuczyną po Automatic For The People. Nowa płyta R.E.M. to ciekawe zjawisko: wszystkimi siłami grupa wydaje się popychać ją ku przepaści – od wybrania sterylnej okładki zaczynając, przez zaproszenie do wzięcia udziału w nagraniach rapera (WTF?), na przeprowadzeniu niezwykle płaskiej, nieznośnej produkcji, kończąc. Uwierzcie mi, momentami kłania się tu Spodchmurykapelusza! Zaiste spodobało im się w Polsce, skoro najpierw ściągnęli od Püdelsów pomysł na teledysk (podobno), a teraz zmuszają do przywołania jednego z najgorszych polskich albumów w historii.

Zainteresował was pewnie ten raper. Otóż pojawia się on w trzecim na krążku "The Outsider", w chwilę po tym, jak wygaszony już utwór odradza się na nowo. Ten moment trudno objąć: z jednej strony jest to jedyna chwila w całej karierze R.E.M., którą bez wahania nazywamy żałosną. Co więcej, jest to też najgorszy rap, jaki słyszałem kiedykolwiek, wliczając nawet słynne próbki Madonny na tym polu. Naiwny, potykający się o własne nogi flow, no i ten tekst obfitujący we frazy "I wanna dream", "They don't know what you mean" tudzież "I'm not afraid! / I'm not afraid! / I'm not afraid!". Mimo to, w tle tych dziejowych wydarzeń odbywa się naprawdę przyjazna melodia, do tego umiejętnie podkręcona emocjami gitary Bucka. I tu tkwi tajemnica Around The Sun – tak jak trio poległo niemal na każdym polu, tak kompozycje wyszły im lepsze niż te znane z Up, o Reveal nie wspominając. By je dostrzec, należy przymknąć uszy na to, w co je odziano, na wyglądające jak półtora nieszczęścia brzmienie (te infantylne klawisze, te plastikowe podkłady perkusyjne, o fuj). Otwiera się wówczas przed nami pokaźny szereg (jak się okazuje) chwytliwych refrenów (co powiecie na "Electron Blue" lub "Boy In The Well"?) i długi ciąg nęcących zwrotek (choćby "Final Straw"). Stając przed tak zaraźliwym zaśpiewem, jak "Yeah / Yeah / Yeah / Ye-ah / Yeah / Yeah" z "The Ascent Of Man" w trymiga zapominamy o słabych piosenkach albumu, których zresztą jest mało.

W czasach przeprodukowanych kolosów na glinianych kompozycjach, krążek ten może się jawić jako groteskowy, bez względu na polityczne (ale nie tylko) zaangożowanie tekstów Stipe'a, bez względu na kontrast między tym, czym był R.E.M. kiedyś, a tym, czym jest teraz. Ale pal licho, to dobra płyta, gdyby przybrała formę Up, pewnie pukałaby do wąskich bram podsumowania the best of '04. A jeśli jakiś wasz znajomy stracił czucie w nogach po pierwszym zetknięciu z Around The Sun, w ramach rehabilitacji proponuję odbycie kolejnych przesłuchań.

Jędrzej Michalak    
3 listopada 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja