RECENZJE

R.E.M.
Accelerate

2008, Warner 5.7

Pomijając wszystkie wątki emocjonalne łączące zapewne większość fanów muzyki niezależnej z R.E.M., można się zachwycać ich dorobkiem na poziomie czysto technicznym. Jako dowód niech posłuży to z jaką pieczołowitością opisuje cały repertuar R.E.M. słynny blogger Matthew Perpetua. Zespół tworzący na pozór baaaardzo zwykłe piosenki ma w katalogu ze stówkę znakomitych utworów – jak to się dzieje? Nie odpowiem na to pytanie, bo wymyka się ono definicjom i analizom. Słowa R.E.M. i songwriting są w każdym razie właściwie synonimami. Żaden z trzech muzyków osobno nie jest wybitną indywidualnością. Razem natomiast, jeszcze z Billem Berrym (odszedł 10 lat temu) jako perkusistą, funkcjonowali jako perfekcyjnie naoliwiona maszyna do produkcji piosenek. Nigdy nie porwali się na swoje Skylarking, totalnie rządzące tour de force, nawet pozornie orkiestralne, barokowe Automatic For The People nosi w sobie prostolinijność czterech facetów z rolniczego południa Stanów. W wielu piosenkach bronią Michaela Stipe'a nie jest tak modna dzisiaj ironia, lecz serdeczna empatia i przedstawiona w odpowiednim świetle bezpretensjonalna łzawość. Up mogło powstać w wyniku fascynacji OK Computer, ale totalnie anachroniczny humanizm Stipe'a z utworów takich jak "Hope" czy "Sad Professor" jest zupełnie inny niż wrażliwość, którą obdarzony jest Thom Yorke. Faktem jest w każdym razie, że kilkoma elementami DNA dobrej gitarowej piosenki R.E.M. żonglowali od zawsze z niezwykłą zręcznością, lokując się obok jakiegokolwiek nurtu alternatywy i mainstreamu (póki ten podział jeszcze funkcjonował) i obnażając słabość swoich naśladowców, a raczej ich brak. R.E.M., podobnie jak na przykład Cure, nie doczekali się bowiem nawet przyzwoitych epigonów. Podrabianie tego zespołu to rzecz raczej nie do pomyślenia. Tak cheesy jak w "Radio Song" czy "Everybody Hurts", tak pretensjonalni jak w niektórych fragmentach Monster, czy tak naiwnie rozpolitykowani mają prawo być tylko oni.

Układanie piosenek, szczególnie tak prostych i chwytliwych jak singiel promujący Accelerate, "Supernatural Superserious" jest dla nich jak zjedzenie chleba. Ta piosenka bardzo dobrze definiuje charakter całej płyty. "Hi, we are R.E.M. and this is what we do" – rozpoczął konferensjerkę na jednym z koncertów Michael Stipe. Tak, właśnie tak – słuchacie nowej płyty R.E.M., te proste, szczere, ale w żadnym wypadku nie prostackie piosenki to nasz znak firmowy, nie będzie tym razem ściemniania, opowieści o najlepszej płycie w karierze, tacy właśnie jesteśmy, yo nigga, keep it real. No więc właśnie. Jasne jest w związku z powyższm, że dokonują oni tutaj kilku autoplagiatów. Każdy kto zna "Departure" z niedocenianej New Adventures In Hi-Fi w czasie "Living Well Is The Best Revenge" przeżyje solidne deżawi. Potem "Hollow Man" to "Try Not To Breathe". Potem na przykład dostojne "Mr. Richards" przypomina mi zelektryfikowaną wersję "Chorus And The Ring", ale to pewnie już R.E.M. dla zaawansowanych die-hardów takich jak niżej podpisany. To wszystko przeplatane dwoma czy trzema utworami z kategorii folk-rockowa ballada środkowego R.E.M. – nie wejdą one jednak raczej do kanonu zespołu, może poza szeroko dyskutowanym "Sing For The Submarine". Można było mieć obawy co do poziomu albumu, bo za jego produkcję brał się dźwiękowiec odpowiedzialny za brzmienie takich arcydzieł jak Kasabian i How To Dismantle An Atomic Bomb. Jednak o dziwo produkcja tylko wzmacnia zalety piosenek – to połączenie pseudo-grunge'owego, pseudo-glamowego brzmienia Monster (ach, jak niesprawiedlwie zdissowana jest ta płyta), studencko-stadionowego popu Green> i prowizorycznego garażowego soundu New Adventures In Hi-Fi – w efekcie brzmienie jest narzucające się, oczywiste, ale nie toporne, a nawet chwilami walące prosto w twarz, wgniatające w glebę – czy co tam recenzent Teraz Rocka by napisał. Fani, którzy skomleli za rockowym R.E.M. mają swój powrót synów marnotrawnych – ja jestem akurat ostatnio wielbicielem muzakowych balladek w rodzaju "Suspicion", ale kilka hałaśliwych kawałków, rockowego wygrzewu przyjąłem z umiarkowaną radością. Nawet jeśli doczekaliśmy się również ewidentnie najgorszego closera w dyskografii zespołu – "I'm Gonna DJ". Oto oblicze R.E.M., którego obawiałem się zdecydowanie najbardziej – mocno zmęczonych sobą 50-latków, próbujących desperacko odnaleźć dawny styl komunikacji. Communication breakdown zdarzył się więc pod sam koniec.

Werdykt końcowy? Dużo lepsze niż Around The Sun, lepsze niż Reveal, gorsze niż Up. Do wypełnienia 80-milionowego kontraktu z Warnerem pozostał R.E.M. tylko jeden album.

Piotr Kowalczyk    
10 kwietnia 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja