RECENZJE
Redinho

Redinho
Redinho

2014, Numbers 6.4

Zdążyliśmy przybić piątkę Redinho i sporo obiecywaliśmy sobie po tym albumie, to fakt. Wiele wskazywało na to, że Tom Calvert zostanie w pełni regulaminowo odhaczony jako TEN TYP, ale najwidoczniej będziemy musieli z tym jeszcze trochę poczekać. Patrząc na niewygórowaną ocenę, ktoś może nawet pomyśleć, że londyńczyk zawiódł nasze oczekiwania. Nie będę tego rozstrzygał, ale na pewno można było spodziewać się po debiucie chociaż trochę więcej komunikatywności widocznej na EP-kach. Tymczasem, przez swój rozstrzał jakościowy, album potrafi nieraz trafić kulą w płot. Odnosi się wrażenie, że chęć udowodnienia własnych możliwości wiedzie nas ku obszarom, po których Redinho nie nauczył się jeszcze zbyt subtelnie poruszać.

Główną różnicę w stosunku do Bare Blips oraz Edge Off stanowi wyraźne ukierunkowanie na przebojowość. Trzy indeksy, które album rezerwuje dla featuringów, oraz wyciśnięcie siódmych potów z talkboxowego funu, podkreślają tę reorientację. Przy czym, niestety, wiara w skuteczność takich prób nie zawsze znajduje właściwe przełożenie na kreowanie pociągających utworów. Na przykład "Jacuzzi" bardzo chciałoby porządzić, ale – jak dla mnie – zabawy starcza do pierwszego powtórzenia zwrotki. W porównaniu numeru do działalności 7 Days Of Funk, bez chwalenia zanadto tejże, wizja wypada słabo na wielu płaszczyznach. Płyta jest natomiast konsekwentnym rozwinięciem poprzednich wydawnictw, co słychać w "Stay Together" (numer jeszcze z roku 2011) czy singlowym "Playing With Fire", w którym charakter podkładu ciąży prawie tak mocno, jak we wczesnych numerach. Z pomocą mostka Calvert pokazuje również, że potrafi działać niekonwencjonalnie, a z jego wokali da się wykręcić jeszcze więcej funkcjonalności. W odniesieniu do całego albumu, nie słychać tu jedynie domniemanego grime’u i szaleńczych popisów, jak w "Slap" czy "Banger".

Skłaniam się ku twierdzeniu, że płyta nie przekracza z góry ustalonej, bezpiecznej granicy, wyznaczonej z jednej strony przez popowe inklinacje, o których najlepiej świadczą wyróżniające się na plus piosenki z udziałem wokalistów, z drugiej zaś przez serwowane tu i ówdzie przywiędnięte kompozycje ("Shem", "Say I Want You"). Z powodzeniem zapożycza się u Cutlera ("Searching"), dość ciekawie przywołuje Bundicka ("With Or Without You"), ale nie zawsze oferuje numery z dookreślonym pomysłem na siebie. Oferuje za to sporo ładnych melodii, groove’u, umiejąc też zaskoczyć dramatyzmem budowanym nieoczekiwanymi zmianami akordów. Pobrzmiewający radośniejszym Hanging Gardens "Going Nowhere", "Making Up The Rules" z bardzo porządnie poprowadzoną zwrotką, świetne "Get You Off My Mind", może timberlake’owy refren "Sharp Shooter" – to atuty Redinho, które trafiają do mnie o wiele bardziej, niż jego autorskie ujęcie modern funku, który po zastanowieniu mógłbym zamienić na porcję tego, co nam zaproponowano na "Lost" Rustiego. Internet nie szafuje jeszcze pseudonimem londyńczyka tak ochoczo, jak to czyni w przypadku projektów Russella Whyte’a, czy Rossa Bircharda. Być może za jakiś czas zacznie. Póki co, wyczekujmy jednak kuloodpornego sofomora.

Krzysztof Pytel    
7 października 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie