RECENZJE

Red Hot Chili Peppers
Stadium Arcadium

2006, Warner Bros. 1.6

Ponieważ działalność współczesnych rockowych gigantów dzieli bardzo niewiele od dobrze prosperujących przedsiębiorstw, bohaterem recenzji Stadium Arcadium należałoby uczynić plan marketingowy Red Hot Chili Peppers i jego realizację. Potrzeby jakich więc segmentów rynku zaspokaja twórczość Red Hotów? Konkurencja na rynku? Czy rynek potrzebuje i docenia twoją propozycję? I tak dalej, resztę dopowiedzą studenci Zarządzania. Na moje, laickie w kwestii strategii biznesowych, oko – Flea i Kiedis, podobnie jak Bono, potrafią myśleć perspektywicznie, układać projekty długofalowe, obliczone na wiele lat prosperity. Na szczęście dla nie grzeszących przesadnym intelektem wytatuowanych surferów dziedzina marketingu rockowego to rzecz prosta jak szpadelek: gramy czad lub gramy ballady, lub najczęściej gramy czad oraz ballady w jednej z akceptowanych przez klientelę stylistyk. Credibility zapewniają mądre wypowiedzi dla prasy poparte wyrazami najwyższego zaangażowania w proces tworzenia Sztuki, intensywny namechecking inspirujących artystów z najwyższej półki i wszelkie świadectwa metafizycznych wzlotów autorów. (Szukając paru standardowych cymesów z wywiadów z Flea, by móc je tutaj przytoczyć, nie zdołałem niestety przebić się przez gąszcz stron z dzwonkami do komórek).

Słusznie Red Hoci założyli, że by ich modelowy słuchacz (polski dziennikarz) pozostał z zespołem na tej drodze rockowej chwały należy delikatnie i miarowo wciągać delikwenta w refleksję (ballady), dając mu się czasami wyszaleć (czad), z wiekiem jednak nieuchronnie przeważy zaduma (ballady). Na etapie Stadium Arcadium ballady dominują, co dla polskiego dziennikarza z całą pewnością oznacza skruszenie i zadumę wręcz potężną, dla RHCP natomiast oznacza wzmocnienie pozycji w przestrzenii schematycznej mainstream-rockowej pieśni lirycznej (wbrew pozorom nie jest tam aż tak ciasno) przy całkowitym zachowaniu własnej tożsamości (no bo fanów funku to oni stracili już lata, lata temu i również z tego zdają sobie chyba doskonale sprawę – ktoś pewnie robił rozeznanie). W każdym razie mocno chce mi się tu rzygać.

Zanim jednak puszczę pawia, oddam Red Hotom sprawiedliwość, że spłodzili materiał mimo wszystko lepszy niż bezradne, rozpaczliwie badziewne By The Way. Energicznie funkująca zwrotka i melancholijny słoneczny refren singla "Dani California" (z melodiami znanymi już) to patent, według którego Peppersi zamierzają już teraz budować swoje "killery" zawsze. Ale względnie ładny mostek i kilka soczystych hard-rockowych riffów na dobranoc, co jest nawet sympatyczne, ratuje od klęski piosenkę. W "Snow (Hey Oh)" Kiedis nie pierwszy raz robi z siebie cipkę (i nie ostatni, bo parę minut później w tytułowym słuchamy wokalisty w roli osobnika smętnie, lecz dzielnie zmagającego się z przeciwnościami losu, patos!, a na drugiej stronie przerażliwie grafomańskie "Hard To Concentrate" dla kolegi Pchły), jednak tytułowe westchnienie zanuci polski dziennikarz na koncertach, bo ta i parę innych melodyjek (chorus "Charlie") posiada jakiś taki prosty appeal.

I tak nie da się słuchać. Identyczność tracków zdaje się zasługą równą twórców jak i producenta Ricka Rubina konsekwentnie krojącego brzmienie na jedno, komercyjno-rockowe kopyto. Postanowiłem omijać tę opcję powoływania się ciągłego na Beatlesów oraz temat tradycyjnego wstępniaka do każdego opisu double-album, czyli temat double-album. Serio, no goście nie ROŻUMIĄ, że słabe piosenki piszą i nie zebrali się na wyjebanie połowy (jak wiadomo każdej grupie przysługuje podwójna płyta, a oni akurat mieli niewykorzystane), i nie ma co tutaj robić sensacji, umieszczając w jakimś historycznym kontekście, na Boga. Natomiast, kiedy zastanawiam się, że niektórzy kwintesencję muzyki nudnej zapuszczają na sesyjkę póltarogodzinną i emocjonują się jeszcze, to po prostu ciarki przechodzą po plecach, wymiękam.

Michał Zagroba    
26 lipca 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie