RECENZJE

Rebeka
Davos

2016, ART2 4.5

Zdaje się, że poznański duet zrozumiał estetyczny klucz, który otwiera możliwości zaistnienia w aktualnych realiach branży. Niefortunnie to właśnie "Stars" – niedoścignione opus magnum zespołu – zostało podkupione przez TVN do akompaniowania zmęczonym twarzom Kingi Rusin, Magdy Gessler i Kuby Wojewódzkiego. Być może ktoś odpowiedzialny za PR stacji akurat ma niezły gust, choć fakt dystrybucji Agory wydaje się tu nie do zlekceważenia, ale tak czy siak bez odpowiedniej bazy wizerunkowej raczej nie usłyszelibyście Rebeki w spocie mainstreamowej telewizji. To modelowy przykład sukcesu z ramienia nazwanej gdzieś bodaj przez redaktora Łacheckiego sekcji neo-pseudo i nie wmówicie mi, że to jedynie kwestia wpisania się w modny aktualnie muzyczny trend. Wiecie o czym mówię. Przerysowanie poważne miny, niedostępne, nienaturalnie sztywne pozy i mieszające elegancję z topornie forsowaną ekstrawagancją stroje, mhroook. No i pretensjonalne opowieści o tworzeniu "jakby poza światem" (w ogóle ten kuriozalny wywiad w dość masochistyczny sposób "jakby" podsumowuje krajowy bum na synth-pop, zarówno od strony artystycznej, jak i dziennikarskiej). Wszyscy znamy takich ludzi, to są klisze.

Tymczasem nie mogę się pozbyć myśli, że od strony czysto muzycznej temat Rebeki zamknął Krzysiek Pytel w swojej krótkiej piłce o "Perfect Man", pisząc o kręceniu się w kółko. Davos cierpi na te same dolegliwości, co Hellada – niedobór wyróżniających się fragmentów i zbyt małe stężenie popu w popie. Dość powiedzieć, że pierwszy prawdziwy refren mamy dopiero w trzecim utworze, przywołującym Head First Goldfrapp "Falling". Paradoksalnie poznański duet najlepiej wypada w utworach, w których oddala się od anty-piosenkowych, zbieżnych ze swoją kreacją rejonów. Tak było we wspomnianym, hypnagogicznym "Stars", tak jest też w "Today" – wyluzowanym, chillwave’owym hymnie, który prędzej niż na Davos spodziewałbym się usłyszeć na płycie Rycerzyków. To utwór trochę na doczepkę, ewidentnie odstający od dość jednorodnej pod względem klimatu tracklisty płyty i wcale bym się nie zdziwił, gdyby inicjalnie w ogóle nie był na niej przewidziany.

Cóż jednak z tego, że takie osobliwości wychodzą Rebece całkiem smacznie, skoro w swoich teoretycznie flagowych utworach wyraźnie brakuje pomysłów? Gdyby "The Trip", "Perfect Man" i "Promised Land" zestawić obok siebie, sprawiałyby wrażenie jednego kilkunastominutowego kawałka, który zmierza donikąd. "What Have I Done" trochę brakuje do "Kathy Lee" Lanzy, "Białe Kwiaty" – jedyny polskojęzyczny rzut w zestawie – kontynuuje nie najlepsze wątki z Hellady. Wyróżnia się za to transowy, wokalnie ewokujący pewien wszystkim znany radiowy utwór "Who’s Afraid". I to właściwie tyle: ani nie ma czym się specjalnie podniecać, ani nad czym pastwić, bo też ciężko Rebece zarzucić jakąś totalną czerstwiznę. To po prostu przeciętny, chwilami męczący produkt, ale na tyle sprawny z producenckiej perspektywy, by nieosłuchani słuchacze mogli się zachłysnąć, a zblazowani recenzenci (pozdrawiam) nie mieli się do czego przyczepić. Rebeka to Florence Welsh polskiej nowej fali synth-popu – wszystko takie stylowe i poprawne, trafiają się niezłe strzały, ale koniec końców wypada dość blado. Miało być szaleństwo, a jest świadomie i dojrzale.

Wojciech Chełmecki    
29 marca 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie