RECENZJE

Real Estate
Days

2011, Domino 6.5

RP: Jeśli coś jest niezobowiązująco ładne, łatwo to przeoczyć. Zwłaszcza, kiedy po jakimś czasie obcowania nie ujawnia się druga, pozornie antypodyczna warstwa a'la If You're Feeling Sinister. Można powiedzieć, że co mnie to obchodzi. Z drugiej strony, łatwo to przecenić – jest przyjemnie, bo jest, taka specyfika. Czasami zdarza się jednak, że za prostolinijną pogodą idzie pewna doza wartości kompozycyjnej i tak właśnie jest tutaj. Leniwe piosenki w rodzaju "Wonder Years", "Easy" czy znanego wcześniej "Out Of Tune" sączą zadowolenie powoli, ale bezdyskusyjnie, a ostatni, najdłuższy "All The Same" przesądza sprawę. Wszystko brzmi jak surfujący wspomniany Belle & Sebastian przefiltrowany przez wrażliwość Bradforda Coxa i operuje konkretem. Po paru przesłuchaniach zacząłem zauważać też, że nie wszędzie ten konkret rozciąga się w czasie, ale i tak jest bardzo w porządku.

MH: Kwartet rodem z Ridgewood w New Jersey rozwinął należycie potencjał dający się uchwycić na debiucie sprzed dwóch lat. Wcześniej szkicowe i nieraz nie zmierzające w sensownym kierunku utwory jamujące nabrały teraz rumieńców i wigoru surf popowej klasyki. Utkane w zasadzie z tych samych często plączących się wzajemnie witek jangle'ujących gitar Matthew Mondanile'a i Martina Courtneya piosenki zyskały na przejrzystości i zwiewności. Z jednej strony są to przede wszystkim lepsze kompozycje. Jest na przykład znany nam już wcześniej odurzający i rozjeżdżający się na boki "Out Of Tune" z kosmetycznymi błogościami od Daniela Lopatina. Jest też skręcający w stronę Ducktails plażowy instrumental "Kinder Blumen" z miarowym tarkowym brzmieniem guiro. Jest banalnie zapamiętywalny chorus w "It's Real". Faworytów znajdzie sobie każdy sam. Z drugiej strony na korzyść zadziałało wyjście z piwnicy, odrzucenie wymuszonej wcześniej lo-fi'owej estetyki i oddanie się pod pieczę producencką Kevina McMahona z całym dobrodziejstwem oferty angielskiego Domino Records. W tym bezdyskusyjnie słabym dla muzyki gitarowej roku jedyną konkurencję dla Days stanowi sam Mondanile z jego docenionym u nas Ducktails III: Arcade Dynamics - przypadek?

KFB: Faktycznie, na bezrybiu i rak ryba, chociaż nie wiem, jak przełożyć ten brak poważnej konkurencji na ocenę Days. Nikt chyba jeszcze nie opatentował takiego rewolucyjnego probierza, więc nie będę tu stąpał po grząskim gruncie i skupię się na faktach. Te kolejny raz przemawiają na korzyść Mondanile, który za co się nie złapie, to punktuje – mniej lub bardziej w zależności od przypadku, ale trend jest stały i niewątpliwie może cieszyć. W porównaniu z self titled nowy album Real Estate punktuje większą spójnością i solidnością – to bardzo równy materiał, w którym ciężko wskazać faworytów do repeatu, a jednak każdy z tych utworów zdaje się mieć coś w sobie. Te leniwe gitarowe kompozycje podano w przystępniejszej niż dotychczas formie, ale o żadnej zdradzie ideałów nie może być mowy – wszystko wskazuje na naturalną ewolucję i bardzo ciekawi mnie, co dalej podzieje się z tym zespołem.

PM: Przy okazji koncertu Ducktails, na którym Matt Mondanile wsparty był przez klasycznie rockowy setup zaprzyjaźnionych muzyków Big Troubles, jeden z moich znajomych stwierdził, że solowa muzyka Mondanile'a coraz bardziej brzmi jak dokonania jego macierzystego zespołu. Teraz, gdy Days ujrzało światło dnia, widać również, że Real Estate coraz bardziej przypominają Ducktails. Choć sam zainteresowany zarzeka się, że Days to głównie kompozycyjne dzieło Martina Courtneya, druga płyta (teraz już) tria ma się jak Yin do Yanga Arcade Dynamics. Tak jak tamten krążek zawierał głównie hipnotyczne szkice lightowych guitar-popowych hitów, tak "Days" prezentuje te same utwory w studyjnej, wypełnionej słońcem i optymizmem wersji. Równocześnie odwrócili się panowie od prądu US-indie-rockowego w swojej muzyce, optując coraz bardziej w stronę brytyjskiego eightiesowego popu; wraz z coverem "Sunlight Bathed The Golden Glow" zdradzili zresztą prawdopodobnie jeden z większych wpływów na "siebie" circa 2011. Jakości całemu przedsięwzięciu ujmuje jednak fakt, że wszystkie kawałki są tu diabelnie do siebie podobne, a najstarszy z nich ("Out Of Tune") góruje materiałowo nad całą resztą. Może i jest to jedna z najlepszych gitarowych płyt tego roku, ale nie świadczy to najlepiej ani o gitarach, ani o roku.

Radek Pulkowski     Kacper Bartosiak     Patryk Mrozek     Michał Hantke    
27 października 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie