RECENZJE

Raveonettes
Pretty In Black

2005, Columbia 6.2

Na oficjalnej stronie Sun Rose Wagner i Sharin Foo z dumą donoszą, że na swej ostatniej płycie przeszli z monochromatyczności w technicolor. Dla niezorientowanych należy się chwila wstępu. Debiutanckie wydawnictwo zespołu Whip It On przyniosło muzykę opartą na trzech akordach, utwory nie dłuższe niż trzy minuty, całość nagraną w tonacji h-moll i cytująca uparcie powtarzany w kontekście dokonań grupy slogan. Taka chwytliwa formułka, a także wizualny image duńskiego duetu świadczą o tym, iż zanim zabrali się do wydawania kolejnych płyt, precyzyjnie zaplanowali swoją działalność pod względem rynkowym. Kolejne ich posunięcia można więc rozpatrywać w kontekście zarówno muzycznym jak i "wizerunkowym". Ich następna płyta – Chain Gang Of Love – jest konsekwentną realizacją idei Whip It On z kilkoma modyfikacjami: nieco złagodzone wycie gitar, ciągle jednak przywodzące na myśl Psychocandy, więcej tekstów o miłości, a przede wszystkim przeskok z h-moll na H-Dur.

Naturalną konsekwencją wzrastającej popularności było dodanie wyżej wymienionego technicoloru, czytaj: przejścia na szerzej rozumiany język kultury popularnej. Dwa pierwsze krążki stanowiły zabawę konwencjami surf-rocka, muzyki modsów i rockersów, zgrzytliwych interpretacji Velvet Underground, a później Buzzcocks i Jesus And Mary Chain, a wszystko podane w sosie smakiem nawiązującym do Dzikości Serca czy Blue Velvet. Na Pretty In Black znajdujemy poszerzoną listę inspiracji, między innymi o lekturę Cudownych Lat i bubblegum music. Dodatkowymi smaczkami jeszcze silniej nawiązującymi do lat 60-tych są: udział Maureen Tucker (z VU oczywiście) w czterech utworach, a także cover przeboju grupy the Angels z 1963 roku, "My Boyfriend's Back".

Większość utworów zbudowano na zasadzie "zwrotka refren zwrotka refren", prostota zrytmizowanych melodyjek świadczy o tym, że Duńczycy dosypując sporo cukru, afrodyzjaków i aromatu truskawkowego (vide okładka) ciągle mają w głowie zasadę "trzy akordy, trzy minuty". Niekiedy zabrzmi gitara solowa zrealizowana na obraz i podobieństwo ckliwych przebojów lat 60-tych, w tej samej poetyce utrzymane są śpiewane w damsko-męskim dwugłosie teksty. Czasem dynamicznie, czasem balladowo, zawsze jednak nasuwa się obraz sunącego amerykańskim (hm, to niezbyt dobrze) prospektem cadillaca. Brzmi to całkiem sympatycznie, w dodatku Raves potrafią momentami zaskoczyć tekstami o dziewczynie, która szuka miłości na wysypisku śmieci, że posłużę się cytatem z radiowej (przynajmniej puszczali to w Trójce, wreszcie jakaś piosenka ze słowem "whore" w eterze ogólnopolskim) reprezentacji Pretty In Black czyli "Love In A Trashcan".

Oprócz coraz mniej – w porównaniu do wcześniejszych płyt – hałaśliwej stylizacji na lata 60-te, to właśnie czasem subtelny, czasem balansujący na granicy pornografii, erotyzm nadaje całości charakter. Nie sposób nie zauważyć, że te piosenki na pozór brzmiące jak gorące wyznania nastolatków z początkowej ery rewolucji seksualnej, wyśpiewane są w duchu efektu obcości. Najwyraźniej taki erotyczny cynizm cechuje nasze (po)nowoczesne czasy, bo nie sposób przypuszczać, żeby Sun Rose Wagner i Sharin Foo (czy nie kojarzycie tych nazwisk z jakiegoś serialu z albo o latach 60-tych?) nie wierzyli w "miłosne" przesłanie swojej muzyki. Wprost przeciwnie: doskonale zdają sobie sprawę, o co tak naprawdę chodzi w rock'n'rollu.

To mocne stwierdzenie wymaga niewielkiej pauzy – tak, tak, to był kulminacyjny moment tej recenzji. Pozostaje podsumowanie: ciekawe czy nagrają kiedyś wreszcie jakieś arcydzieło; zamiast tego póki co pozostaje cieszyć się całkiem miłym albumem. Pozostaje tylko drobna niepewność: jak daleko posuną się w swoim flircie z popową konwencją? Dzieli ich jeszcze pewien dystans od wypłynięcia na szerokie wody gównianego oceanu mainstreamu; obawiam się, że za klika lat będziemy mogli ich zobaczyć w programie "Dyskoteka Bardzo Starszych Nastolatków", czy jak to się tam nazywa. Niech duch Sterlinga Morrisona nad nimi czuwa!

Piotr Cichocki    
7 marca 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie