RECENZJE

Ratatat
Ratatat

2004, XL 6.4

Dwuosobowy projekt Ratatat doczekał się wreszcie po kilku latach prywatnego grajkowania i po dwunastu miesiącach działalności koncertowej długogrającego debiutu, którego wydanie wziął na swoje barki popularny, głównie elektroniczny XL. Frapujący muzyczny koncept nowej formacji polega na połączeniu komputerowych fascynacji Evana Masta z podporządkowanymi jego pomysłom gitarowymi wyczynami Mike'a Strouda, oparciu kompozycji na paru tylko tune'ach i transowym ich przekształcaniu oraz powiązaniu plastikowego brzmienia dyskoteki z ciepłym, przyjaznym feelem, co w efekcie wypada trochę jak poddany delikatnej dekonstrukcji Daft Punk z Discovery, choć kicz wykorzystywany jest tu w bardziej ostrożny i wyważony sposób.

W pierwszej chwili świeżość tak powstałego soundu wprawi łepetynę w ruch wahadłowy, a świst wycinających rześkie parkietowe melodie syntezatorów wpije się w organizm, wzbogacając ciało o nowe zapasy sił witalnych. Myk myk śmigają entuzjastycznie soczyste syntetyczne zaciągnięcia na intelektualno-imprezowym stunnerze "Seventeen Years", mającym chyba stanowić afirmację młodego hulaszczego wieku. Stroud żwawo napiera w "El Pico", modyfikując szmirowaty motyw Masta w zdrowe rockowe repetytywne sekwencje. Ma się to przemówienie w lewej ręce, ma. Choć nawet te niewyszukane, agresywne dance'owe loopy klawiszowe Evana sprawiają niekłamaną radochę, rezonując czas jakiś jeszcze w myślach i realnie pojawiając się w następnych odsłonach albumu w retrospekcji.

Tymczasem, ledwo rześki motyw rozerwie przestworze, już po chwili klimacik lgnie w nieco spokojniejsze, usypiające rejony. Wszystko zwalnia, rozkleja się, rotacje stają się coraz bardziej leniwe. Niestety niestety. Następujące na drugiej części albumu majaczące mutacje nie są chyba najszczęśliwszym wymysłem, spoglądając od strony osoby oczekującej realizacji nowatorstwa zapowiadanego na wstępie. To już tylko wymuszone szkice, jak nieco blady laptopowy epik "Lapland", nie zbaczający poza ramy zarysowane przez artystów zajmujących się sympatyczną warm electronica. Symfoniczne "Germany To Germany" zachowuje konkret i umiarkowanie bawi; gorzej gdy temat główny nie spełnia oczekiwań, piosenka przeradza się wówczas w przewlekłe pitolenie, jak w przypadku bezładnego "Desert Eagle" (słyszę tu disco-gothico?) czy bezbarwnego "Spanish Armada" (disco-country?). Z tych wszystkich kleistych pochmurniaków "Cherry" wypada pewnie debest. Closer bada tereny fantasmagorii: krzyżujące się podłużne piski przynoszą powiew subtelnej psychodelii, kameralne pianinko plami cichutko przestrzeń, a delikatny Múmowy bicik potulnie tuli umysł do błogiego odpoczynku. Całkiem to Ratatat obiecujące, ale kapitalnego pomysłu starczy na kilkanaście minut.

Michał Zagroba    
27 września 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy