RECENZJE

Rapture
Pieces Of The People We Love

2006, Universal 6.1

Symptomatyczne, że przesłuchawszy Pieces Of The People We Love wszyscy marszczą się na wzór Matki Teresy. The Rapture należy przecież współczuć, a nawet usprawiedliwiać. Primo, musieli udźwignąć brzemię genialnego Echoes; secundo, przezwyciężyć syndrom trzeciej płyty; tercio, odessać się od cyca DFA. A mi wczoraj spadła na palce pięćdziesięciodziewięciokilowa pralka i tylko zęby z bólu zacisnąłem. Nie bądźmy lalusiami, nie bądźmy beksy, bądźmy mężczyznami, bądźmy kobietami, bądźmy muzykami, nagrywajmy dobre płyty. Od wydania Echoes minęły trzy lata – epoka, w przeciągu której "wiele zespołów zdążyło się pojawić, zrobić karierę i skończyć", w Second Life pojawili się pierwsi milionerzy, a strony na MySpace zdążył się dorobić nawet mój chomik.

Umarł dance-punk, umarł i leży na desce. Choć nie żyje od trzech lat, wciąż czekamy jeszcze. Czekamy jak leszcze, jak grzyby na deszcze, a szans na reanimację gatunku nie widać. Sami The Rapture odcinają się od własnej primogenitury i dryfują w kierunku funkowania a la 80s budzącego skojarzenia z Duran Duran. Mimo, iż łaknę świeżego dance-punka jak kania dżdżu, co do zasady przychylam się do odważnych wyborów artystycznych, pozwalających przezwyciężyć gadania o odcinaniu kuponów i zjadaniu własnego ogona vide wyliczanka uno, dos, tres akapit powyżej. Sęk w tym, że mamy tu do czynienia raczej z bezpieczną ewolucją (sorry, psorze Maćku G., takie są fakty) niż odważną rewolucją, za którą uznałbym wypowiedź językiem minimalistycznego hip-hopu czy ambientowych miniatur na drumli.

Przerywając wreszcie powyższą litanię zarzutów trzeba szczerze powiedzieć jedno: pierwszych sześć utworów na płycie to funkowe czesanie wysokiej klasy. Weźmy pierwszy z brzegu "First Gear", gdzie jadący na programowanej perkusji i masywnym basie elektro-początek przetykają brudne gitarowe dźgnięcia, przeradzające się w repetycyjne hooki. Okraszona klaskaniem całość rozbudowuje się w skandowany kobiecymi głosami, dyszący potencjałem finał. Tytułowy utwór pobudza marszowym waleniem w perkusję i syntezatorem na kształt syreny. "Get Myself Into It" uzależnia saksofonowym motywem refrenu na tle autentycznego groove, a przestrzeń między zwrotkami w "Don Gon Do It" wycina precyzyjny gitarowy hook, wskrzeszający dance-punkowego ducha. Najlepszy na płycie "The Devil", o wybornym repetycyjnym motywie gitary uzupełnianym podrygiwaniem syntezatora, brzmi jak niepublikowany utwór z Echoes.

Chociaż złośliwe zastrzeżenia co do poziomu tekstów (dwuwers "High / High as the sky" przełożony na polski kwalifikowałoby się na plaskacza od nauczycielki na warsztatach poetyckich) łatwo odeprzeć stwierdzeniem, że w popie wszystkie chwyty liryczne są dozwolone, to jednak nic nie poradzę na to, że na wysokości siódmego utworu zaczyna się wypełniacz obniżający ogólną notę za styl. Ze względu na mój szacunek dla zespołu proponuję spuścić na niego zasłonę milczenia. Wyciągając średnią należy uznać, że The Rapture nagrali płytę solidną. Nie wiem jak Wy, ale ja czuję się trochę zawiedziony. Bądź co bądź, nie jestem Matką Teresą. Świeć Panie nad duszą Matki Teresy. Przyspiesz gojenie moich palców i natchnij The Rapture przed następną płytą. Wesołych Świąt wszystkim.

Tomasz Gwara    
20 grudnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie