RECENZJE

Rapture
In The Grace Of Your Love

2011, DFA 5.4

MR: Słuchając In The Grace Of Your Love wyobrażam sobie The Rapture na wzór YACHT (DFA - co w rodzinie to nie zginie) w pociesznym teledysku "Summer Song". Są pląsy, podskoki, przyklaski, farba we włosach i zimne ognie, jak oni to czują! Ale wszystko trafia szlag i szczytem dzikiej ekstazy na parkiecie jest uśmiech z politowaniem i (absolutne apogeum) kiwanie głową w tę i we w tę. Wspomnienie roku 2003 nasuwa drażniące pytania – co z nimi nie tak? Zestarzeli się? A może tamten sukces polegał na byciu w odpowiednim czasie we właściwym miejscu, które to okoliczności już nigdy się nie powtórzą?

Mam wrażenie, że chłopaki dołożyły wszelkich starań, żeby było różnorodnie. Zgoda, udało się, nowy krążek to jedno wielkie pole skojarzeń. "Sail Away" tak naprawdę nie zmieściło się Bono na No Line On The Horizon, sekcję rytmiczną do "Miss You" wymyśliła Florence, chórki w "Blue Bird" to prezent od Fleet Foxes, a zawodzący wokal w "Come Back To Me" miał ewokować wspomnienia "Restless" UNKLE. Cóż, zapowiadający płytę singiel to zwykłe obiecanki cacanki, które mądrze zostały umiejscowione na krążku jako ostateczna próba resuscytacji dzieła charcząco wydającego ostatnie tchnienie. Jedynym zastrzykiem, po którym na twarzy malują się rumieńce jest tytułowe "In the Grace Of Your Love", swawolnie przeplatające lekkość gitary i klawiszy z szorstką perkusją i rozpaczliwym w swej barwie wokalem Jennera (za którym przecież szczerze przepadamy!). Płyta kończy się bądź co bądź przyjemnym pogrzebem naszych oczekiwań wobec dance punku. "A którzy czekali błyskawic i gromów,/ Są zawiedzeni.(...) Innego końca świata nie będzie."*

RP: Jest w historii muzyki rozrywkowej taki rodzaj zespołów znaczący się długą, konsekwentną linią na całej jej długości. Chodzi mi o zespoły, które nagrywają jedną lub dwie spektakularne, ociekające zajebistością płyty idealnie trafiające w swój czas, a następnie albo milkną, albo nagrywają jeszcze kilka zupełnie i dla nikogo nieistotnych. Tak właśnie jest z Rapture. Mogę powtarzać do znudzenia, że Echoes będzie świetne już zawsze i nic tego nie zmieni, wystarczy posłuchać. A czy przeszkadzało komuś Pieces Of The People We Love? Czy przeszkadza In The Grace Of Your Love ze swoimi próbami urozmaicenia na wszystkie sposoby brzmienia zupełnie nie popartego ważniejszą treścią muzyczną? Czy przeszkadza nawet bardzo złe "Sail Away" jeśli gdzieś obok jest też czas np. na nieekstatyczny, ale solidny kawałek kluberki "Never Die Again"? Jeśli przeszkadza to niech sobie ten ktoś wróci do Echoes albo zastanowi się jeszcze raz co to niby miałoby zmieniać.

PM: W porównaniu z dwoma poprzednimi longplayami Rapture, In The Grace Of Your Love jest sporo mniej punk i wyjątkowo mniej dance, ale ciągle pretenduje do najbardziej dance-punkowego wydawnictwa ostatnich kilku lat. Zamiast odtwarzania funkującego post-punku na kanwie Gang Of Four, obecnie w łatce tej chodzi prędzej o bezczelną, zrób-to-sam "attitude": Rapture biorą z muzyki tanecznej i rockowej to, co im się kapryśnie podoba, dyletancko kolażując ku brzmieniowym urozmaiceniom. W latach nastych oznacza to maczanie palców w organicznym dub-techno ("Come Back To Me"), Rundgrenowskim art-popie ("It Takes Time To Be A Man") czy indie w swojej najbardziej nastoletniej, synth-popowej postaci (reminiscencja MGMT w "Children"). Jakościowo nie dorastają do pięt te kawałki najlepszym momentom w historii zespołu, ale warto zaznaczyć, iż Rapture przejęli całkowitą kontrolę nad stylistyką, która definiowała ich warsztat blisko dziesięć lat temu. Luke Jenner i spółka nie są przedstawicielami dance-punku – są całkowitym wcieleniem tej kategorii, której teraźniejszość i przyszłość zależy już tylko od nich.

KB: Przy pierwszym utworze faktycznie zacząłem się zastanawiać, czy słucham właściwej płyty, ale potem In The Grace Of Your Love było sympatyczną przejażdżką po bardzo pagórkowatym terenie. Są ewidentne wzloty, kiedy wpadamy na duszne cygańskie wesele, które w "Come Back To Me" przywołuje ducha też "I Need Your Love", ale raczej to nie najcieplejszy gatunek folkloru, choć może zbyt gładko wyprodukowany. "Miss You" to właściwie przekonujący i żywy Soft Cell. "It Takes Time To Be A Man", podobnie jak i "Roller Coaster" to udane prawie baroque popowe przerwy od bardziej dance niż punkowych kolegów. Z kolei kradnące tytuł z przeboju Bee Gees "How Deep Is Your Love" najskuteczniej w zestawie wyciąga na parkiet i też najdosłowniej odwołuje się do dorobku macierzystej wytwórni. Niestety, ja lubię rzeczy przebojowe, a większość utworów na tej płycie nawet po kilku odsłuchach nie zostawiła żadnego śladu w mojej głowie. Może nie wytoczę procesu za nieudolność artystyczną, ale też słuchać więcej nie zamierzam.


*Czesław Miłosz, "Piosenka o końcu świata"

Kamil Babacz     Radek Pulkowski     Monika Riegel     Patryk Mrozek    
2 września 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja